by atena

czwartek, 19 grudnia 2013

Opowiadanie grozy na podstawie Rabbit Doubt :33

Rozdział jest a trakcie robienia, opowiadanie o adminach mojej strony na święta również... Postaram się wszystko wrzucić jak najszybciej ^^ Tymczasem macie moje opowiadanie grozy, za które nie zajęłam żadnego miejsca XD

1... Rozmowa z Kiyoshim.
2... Szelest za nami.
3... Cichy krzyk przyjaciela.
4... Tępy ból w tylnej części czaszki i ciemność. Ciemność, niczym czarna dziura, pochłania mnie całą. Zakleszcza się wokół mnie i nie puszcza. Opieram się jej i nic już nie pamiętam...
Mrugam chyba z tysiąc razy może nawet milion i nadal nic nie widzę. Docierają do mnie tylko niewyraźnie dźwięki z otoczenia. Kapanie wody, szum wentylacji i gdzieś tam daleko gwiżdże wiatr. Tylko czemu jest tu tak zimno? Czemu każdą moją cząsteczką ciała wstrząsa dreszcz? Skąd ta gęsia skórka? Przecież powinnam mieć na sobie kurtkę ocieplaną! A tym czasem mam wrażenie, że jestem ubrana w cieniutką bluzeczkę z obliczem pantery na przodzie, rajstopki i spódniczkę. Zaraz zaraz... Gdzie są moje buty?! Zostaję podniesiona z lodowatej podłogi. Przewracam się jednak w nieznane ramiona. Powinnam się bać, sikać ze strachu i niepokoju. Ten człowiek, mężczyzna równie dobrze mógłby mnie zabić. Skręcić kark, udusić, poderżnąć gardło, połamać wszystkie kości. Więc czemu stoję w miejscu? Czemu go nie uderzam pięścią i nie pozbawiam przytomności? Odpowiedź jest tak prosta, jak test, dzięki któremu zdajesz podstawówkę. Znam go. Znam tę osobę stojącą przede mną. Otwieram usta, mrugam po raz kolejny.
- Kiyoshi? - słyszę, jak wyciąga coś z kieszeni spodni bez słowa wyjaśnienia, gdzie jesteśmy, co robimy w tym miejscu i przede wszystkim CO TO ZA MIEJSCE. Włącza jedynie latarkę. Skąd to wiem, skoro nic nie widzę? Czym innym może być światło rozświetlające moją bladą, podkrążoną twarz, jak nie promieniem latarki?
- Sprawdź, czy nie masz niczego w kieszeniach - surowy ton sprawia, że zaczynam się bać. Po głowie biją mi się straszne myśli. Jeśli mój przyjaciel taki jest, to znaczy, że nasza sytuacja jest bardzo poważna. Tak poważna, że nie umiem tego pojąć. A jednak nie chcę wypełnić jego polecenia. Czy on zapomniał, że rozkazywanie mi nic nie daje? Jeszcze bardziej się opieram! Przełykam ślinę i oddycham płytko. Boże, ja zaczynam panikować! Dostaję po głowie. - Uspokój się i rób to, co ci mówię - warczy na mnie i tym bardziej kulę się w sobie. Cofam się do tyłu. Przy małym blasku widzę minę Kiyoshiego. Jego oczy patrzące na mnie z troską. - Shiion... Przepraszam - wyciąga w moją stronę rękę, jakby chciał mnie złapać za koszulkę i zatrzymać przy sobie. Jakby miał zamiar mnie objąć, przygarnąć do piersi. A ja tylko kręcę głową. Kręcę i kręcę aż mam wrażenie, że mi odpadnie. Nagle wpadam na coś metalowego. Czaszka odbija mi się od prętów i jęczę z powodu przepływającego przez moje ciało bólu. Towarzyszy temu echo, które przyprawia mnie o dreszcze.
- Bu! - czyjeś usta przy moim uchu. Czyjś oddech smagający moją szyję zza krat. Piszczę i odskakuję w stronę przyjaciela. Słyszę chichot. - Ale z ciebie strachliwa ślicznotka - on również ma latarkę. Widzę więc, jak się do mnie szczerzy. Moment... Czy on nazwał mnie ś l i c z n o t k ą? Już otwieram usta, by powiedzieć jakąś ciętą ripostę, gdy wśród tej krótkiej ciszy rozlega się głos Kiyoshiego.
- A ty to kto? - niegrzeczny, władczy ton nieznoszący sprzeciwów. Dobrze, że dzielą nas kraty, bo chłopak chyba by nie przeżył spotkania z moim znajomym. Zaciskam palce w pięści za plecami. Ten ktoś tylko się śmieje.
- Jesu... Jaki ty nerwowy! - jakaś dziewczyna pojawia się przed nami. - Lepiej bądź grzeczny, bo was nie wypuścimy - majta nam przed nosami kluczami wiszącymi na metalowym kółku. Ma przy tym przylepiony do buzi pogardliwy uśmieszek. Jej oczy wyrażają podobne uczucia. - Jeśli nie macie zamiaru nas zabić, to mój służący/ochroniarz - tu wskazała na chłopaka stojącego obok - Maresuke was łaskawie uwolni, prawda Epej? - nieznajomy wzrusza ramionami.
- A miałem ochotę się zabawić z tą małą - warczy. Wzdłuż kręgosłupa przechodzą mi ciarki. Czy on myślał o zgwałceniu mnie? Nie uszło to uwadze Kiyoshiego. W kilka sekund chwyta Maresukiego za kołnierz koszulki i przygważdża do krat. Od białowłosego dało się wyczuć aurę mordu.
- Zrób coś Shiion, a urwę ci ten durny, pusty, zboczony łeb!
- Co wy robicie? - kolejna nieznana mi osoba. Co tu się dzieje? Serce galopuje mi w zawrotnym tempie, ściany się niebezpiecznie zbliżają. Nigdy nie miałam ataku klaustrofobii. To mój pierwszy raz. Nienawidzę tego. Zaciskam mocno zęby i ignorując zawroty głowy, podchodzę do krat. Ledwo przybyły patrzy się na mnie zdziwiony. - Więc mamy tu też dzieci, tak? - drapie się po brodzie. Wzdycha zrezygnowany i zabiera dziewczynie klucze. - Lepiej pójść tego kundla... Jeszcze zostaniesz poważnie pogryziony - wkłada odpowiedni klucz do zamka. Do moich uszu dociera szczęk mechanizmów w tym małym pudełeczku. - No już - robi ręką okrężnych ruch - Zapraszam na wolność! - nie oglądając się na przyjaciela, wychodzę z klatki. Czułam się w niej jak zwierzę w zoo, czy nawet ptaszek trzymany w takim czymś bez możliwości rozprostowania skrzydeł. Mimo, że siedziałam tam tylko przez chwilę, mam wrażenie, że przebywałam w tym wieczność. Zdecydowanie nie polecam.
- Cholera... - odwracam się do Kougamiego i widzę, jak wyciera ślinę o spodnie. Na dłoni zauważam ślady zębów. Chichram się a razem ze mną blondyn. On również ma własną latarkę, którą mi teraz wręcza.
- Lucas Shelby. Przepraszam za Maresucza... On tak zawsze. To taka nasza mała psina - błyska ząbkami w stronę swojego znajomego. W zamian otrzymuje ciche powarkiwanie. Co to za wariat?
- Shiion Sonozaki - zapalam latareczkę. Idealnie leży mi w dłoni. Wskazuje głową na Kiyoshiego. - A ten nerwus to Kiyoshi Kougami. Oświetlam resztę twarzy. Mrużą przy tym oczy pod wpływem przypływu światła.
- Maresuke Ookami, Kaori Tsukiakari - Lucas przedstawia ich samemu. - Gdzieś tam są jeszcze Xan Vo Ren, Garry z cholernie trudnym nazwiskiem, którego do tej pory nie umiem wymówić i Rei Matsuda. Możesz na nią mówić "cycata pani" - mruga do mnie - Na pewno sprawi to jej przyjemność - patrze się na niego, jak na wariata.
- Chyba chcesz powiedzieć, że doprowadzę ją do szewskiej pasji, nie mam racji? - unoszę wysoko brwi. Shelby uśmiecha się szeroko i kiwa głową. Czuję jak ktoś splata moje palce ze swoimi i przyciąga mnie mocno. To Kiyoshi. Za bardzo się martwi. Jego mięśnie są napięte. Szczęka mocno zaciśnięta.
- To może pójdziemy ich poszukać? - Lucas znowu wzdycha. Mam wrażenie, że się męczy Kiyoshim. Biedak... Będzie musiał się przyzwyczaić. Ruszamy bez słowa przed siebie. Wokół panuje grobowa cisza przerywana tylko cichymi stuknięciami gdzieś tam daleko. Postanawiam jednak pozadawać kilka pytań. Jestem zbyt ciekawa. To mnie zżera, trawi. To jest gorsze niż uczucie głodu czy pragnienia.
- Wiecie co to za miejsce i co tu robimy? - szepczę. Boję się unieść głos. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że ktoś się na nas gapi, że coś wyskoczy z ciemności i nas zje, zaatakuje czy zabije. Przylegam mocniej do przyjaciela. Z całych sił staram się opanować oddech. Kaori prycha pogardliwie.
- Czy ty jesteś ślepa? Rozejrzyj się! - robię to. Jednak otocznie oświetlane małą latarką nic mi nie mówi. - Naprawdę jesteś taką głupią blondynką? To byłe więzienie! - wykrzykuje w pustkę, a gdy echo milknie zalega pełna napięcia cisza. - Nie no błagam! Wy się boicie!
- Uspokój się, cholero jedna! - Epej zwraca uwagę dziewczynie. - Nie rozumiesz, że to jest bardzo dziwne? Zostaliśmy zamknięci w byłym więzieniu. Ktoś sobie urządza zajebistą zabawę z nami w roli głównej. Kto wie, czy nie zginiemy - Tsukiakari nagle robi się głupio. Spuszcza nos na kwintę i chyba się rumieni. Nie chcę jednak tego sprawdzać. To byłoby naruszenie prywatności. Odnoszę jednak wrażenie, że jest rozpieszczoną nastolatką, której nigdy niczego nie odmawiano. Jest typem osoby, która była zawsze otoczona przez przyjaciół. Czy to sztucznych czy prawdziwych. Smutne. Znowu zapada cisza. Tym razem jest ona niezręczna. Dochodzimy do skrętu. Za rogiem może się znajdować cokolwiek. Serce znowu mi galopuje i przez chwilę stoję w miejscu. Nie mogę się ruszyć. Czuję, że coś się stanie. Lucas idzie przodem a ja chwytam go za rękę i tłumaczę mu wszystko. Wywraca oczami.
- Przechodziliśmy już tędy nie raz, nie dwa. Nic się nie stało i teraz też nic nam nie będzie. Zobacz - i idzie. Ze wszystkich sił staram się go powstrzymać. On umrze. Wszystkie komórki, tkanki mojego ciała mi to mówią. Za rogiem czekają na nas trzy osoby, o których wcześniej wspominał. Witają się, uśmiechają. Ja jednak słyszę świst pędzącej broni, obracającego się ostrza.
- Lucas!! - drę się. Jest już za późno. Coś przypominającego kosę odcina mu głowę. Uderza ona o ziemię z cichym klapnięciem. Oczy są wywrócone w tył. Dostrzegam białka. Oczy są rozwarte w przerażeniu. Tylko usta są ułożone w ostatnim uśmiechu. Krew z ciała tryska na mnie, na Rei, Xana i Garry'ego. Matsuda upada na kolana, Xan zakrywa dłonią usta. Gdy przenoszę wzrok na tego ostatniego, wydaję mi się, że widzę uśmiech pełen satysfakcji, lecz znika on bardzo szybo. Od razu, gdy nasze spojrzenia się spotykają. I wtedy już wiem, że to jego sprawka. Chcę to powiedzieć na głos. Już otwieram buzię, układam litery w odpowiednie słowa i zdania i wtedy zdaję sobie sprawę, że nikt mi nie uwierzy. Słowo przeciwko słowu. Ale przecież któryś z nich musiał to założyć! Nie ma innego wytłumaczenia! Zadziwia mnie również moja reakcja. Powinnam być przerażona. Powinnam nie dopuszczać tego do wiadomości. Przecież ktoś zginął! Tylko, że ja nie znałam tego ktosia. To był dla mnie obcy chłopak. Nigdy nie byłam empatyczna. Kiyoshi zakrywa mi oczy. Nawet teraz martwi się o mnie i moją psychikę. Dobrze, że już tego nie widzę. Jeszcze trochę i pewnie bym się zrzygała. Oddycham głęboko. Panuję nad emocjami. Nie dam się ponieść panice. Nie teraz. Teraz trzeba być silnym, twardym i obojętnym jak skała.
- Skąd wiedziałaś? - Kaori szepcze przerażona. - I gdzie jest Maresuke?! - zapewne się rozgląda. Słyszę panikę w jej głosie. Boże... Tylko nie to! Przecież...
- Aaa!!
- Rei, Rei. Spójrz na mnie - nie wiem do kogo należy ten głos. Nie chcę też widzieć tego wszystkiego. Zaraz wszyscy wpadną w panikę a to nam nie pomoże. To nas udupi. - Wszystko będzie dobrze. Tylko na to nie patrz. - panika, panika, panika. Kaori krzyczy byśmy zaczęli szukać Epeja. Rei wydziera mordę. Xan ją uspokaja. Tylko... Co z Garry'm?
- Kiyoshi, gdzie jest jeszcze jeden chłopak? - martwię się. Bardzo się martwię. W nim jest coś, co nie daje mi spokoju. I ten uśmiech...
- Nie ma go - szepcze mi do ucha. Sztywnieję. On to czuje. Nie, nie, nie, nie! - Nie mów, że to jego sprawka... Shiion, proszę! To głupota! - przełykam ślinę. Kręcę głową. Teraz jestem pewna. Pewna, że to jego sprawka. On nas zamknął a teraz pozabija. Pozostaje nam jedno...
- Musimy uciekać... Kiyoshi...? - jego uścisk nagle się wzmacnia i boli mnie twarz. Owszem, zdawałam sobie sprawę, że jest silny, ale nigdy nie przeszło mi przez myśl, że ma w sobie aż tyle krzepy. Wątpię, czy uda mi się odciągnąć dłoń od oczu. W porównaniu z tym wielkim, umięśnionym ciałem, moje 150 cm wzrostu nie ma z nim szans. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że zrobiło się nienaturalnie cicho. Szybki, jak dla mnie zbyt szybki oddech owiewa mi szyję i ucho.
- Bierz Rei, Kaori i Xana za chabety i wiejcie. Po prostu spieprzajcie jak najdalej – charczy. Pcha mnie do przodu prosto w ramiona Matsudy. Staram się obrócić, wyrwać. Dziewczyna mi na to nie pozwala. Przerzuca mnie sobie przez ramię i zaczyna biec do przodu. Kopię, próbuję gryźć. Chcę zobaczyć, czemu zostawiamy Kiyoshiego. Chce się upewnić, że to tylko wymysł mojego chorego umysłu. Czy to tak trudno to zrozumieć?! Dopuszczam do siebie myśli, że został ranny. To tak bardzo boli. A co jeśli Garry chciał się mnie pozbyć? W takim razie to moja wina!
- PUŚĆ MNIE!!!
- Proszę cię bardzo! - ciska mną o ścianę i staje przede mną w rozkroku. Jestem mordowana spojrzeniem pełnym pogardy, zażenowania i litości. Głowa mi pulsuje w miejscu, gdzie uderzyła o twardą powierzchnię. Zaciskam mocno zęby. Z wszystkich sił staram się nie wymierzyć jej policzka. Szczerze nienawidzę, gdy ktoś tak na mnie patrzy. Może i robię coś zanim pomyślę, ale to nie znaczy, że nie mam rozumu! Jeśli ludziom się wydaje, że jestem głupia, to niech powiedzą mi to prosto w twarz, a ja im oddam pięknym za nadobne! Wstaję, chwiejąc się na nogach.
- Czemu? Dlaczego go zostawiłyśmy?! - drę się na Rei. Nie miała prawa decydować o tym, czy jemu już nie można pomóc! Krew we mnie buzuje. Czuję, jak ogarnia mnie dzika furia. Wrócę tam i odbije Kiyoshiego!
- On odciąga Xana, kretynko! Robi to dla ciebie, gdybyś nie wiedziała! - łapie mnie za dłoń i ciągnie do przodu. Robię wielkie oczy. Ja... myliłam się?
- T-to nie Garry za tym wszystkim stoi? - broda mi drży. Ja jednak jestem niespełna rozumu. Spuszczam nos na kwintę. Obiecuję sobie, że nigdy więcej nie będę bawiła się w detektywna. Dziewczyna prycha pogardliwie.
- Dymek? Niech mu Bóg miły! Idzie pierwszy i sprawdza, czy po drodze nie ma żadnych pułapek podobnych do tamtej gilotyny... Biedny Daff. Nigdy nie życzyłam mu takiej śmierci – ściska mocniej moją dłoń. Mam przemożną ochotę się wyrwać i zawrócić. O dziwo się nie boję. Śmierć jest dla mnie w tej chwili obojętna. Wierzę w to, że się wydostaniemy, że uda nam się znaleźć wyjście zanim morderca nas znajdzie. - To Xan dźgnął między żebra twojego chłoptasia, gdy ten cię osłonił. To było takie romantyczne, że aż puszczę pawia – wywraca oczami. W drugiej dłoni trzyma latarkę, której wcześniej nie zauważyłam. Staram się również za nią nadążyć mimo kolki i zadyszki. Ta dziewczyna ma zdecydowanie za długie nogi! Nie możemy sobie jednak pozwolić na zwolnienie kroku. Xan może być już niedaleko. I... No właśnie. Pomyliłam osoby. Co za wstyd!
- A co z Kaori?
- Zniknęła tak samo jak Epej – huk za nami sprawia, że podskakuję w miejscu, a serce przyspiesza kilka razy. Obracam głowę i daleko w tyle widzę światełko. Tak malutkie, ale zauważalne w tych egipskich ciemnościach. Jest jak świetlik na tle nocnego nieba. Tak piękny i przyciągający, ale niebezpieczny niczym jedna z tych ryb, które żyją w głębinach. Już zapomniałam, jak się nazywała. Rei wyłącza latarkę i nic nie widzimy. Ktoś ciągnie nas w boczny korytarz i wpycha do jakiegoś pomieszczenia. Nie słyszę dźwięku zamykanych drzwi. Jestem przytulana. To takie zaskoczenie, że na początku nie mam pojęcia, jak zareagować. Nie wiem kto mnie obejmuje. Kto śmiał mnie w ogóle dotknąć?! Nie robię ni. Stoję jak słup. Pozwalam, by mnie głaskano i ściskano. Normalną reakcją byłoby odwzajemnienie tego, ale ja nie jestem normalna. Zarzucono mi już, że nie mam uczuć. Jak myślicie, ta osoba miała rację, mówiąc mi to?
- Dlaczego? - rzucam pytanie w pustkę.
- Xan zawsze miał nierówno pod sufitem – Rei prycha.
- Za dużo rzezi zorganizował i mu się coś powaliło pod czachą.
- O czym wy mówicie? - jest tak ciemno, że nie widzę niczego. Lampy zaczynają mrugać i po chwili wszystko jest oświetlone. Mrużę oczy. Znajdujemy się w pokoju przesłuchań. To, co tam widzę sprawia, że kucam i chowam twarz w dłoniach. Zbiera mi się na wymioty. Ciała Kaori i Epeja leżą niedaleko. Są posiniaczeni, krew sączy się z niewidocznych ran. Mają rozwarte usta i oczy w niemym przerażeniu. Gdyby się bliżej przyjrzeć, zobaczy się poderżnięte gardła. Podłoga i ściany są brudne od ich płynów. Cuchnie śmiercią. Po podłodze jest rozlana benzyna. Zamieram w bezruchu. Musze im powiedzieć. Muszę... Podnoszę się powoli i widzę ich nieprzytomnych na ziemi wygiętych w dziwnych pozach. Nad nimi stoi chłopak. Brązowe włosy, ciemne oczy. Wysoki. Ubrany jest w coś przypominającego mundur wojskowy, a w dłoni trzyma paralizator i zapalniczkę. Świdruje mnie tym swoim spojrzeniem. Obserwuje mnie badawczo, jakby chciał poznać każdą część mnie. Wzdłuż kręgosłupa przechodzi mi dreszcz. Cofam się nieznacznie. On to widzi i uśmiecha się do mnie.
- Shiion... - szepcze moje imię łagodnie. - Nawet nie wiesz, jak bardzo się starałem nie wciągać w to Ciebie. Usilnie próbowałem znaleźć coś, co cię usprawiedliwi. Ciebie i twoje czyny – zbliża się do mnie powoli. Stajemy twarzą w twarz. Przełykam ślinę. - Pewnie nawet nie wiesz kim jestem – ma rację. Nie mam zielonego pojęcia kim jest i do czego dąży. - Nie mam za dużo czasu na to, by ci przypominać o forum, o grze. Straciłaś pamięć, mówi się trudno. Nie chciałem żebyś została w to wciągnięta, ale nie miałem wyboru. Brakowało mi jednej osoby. Kogoś, kto popełnił ciężką zbrodnię. Ty mi się napatoczyłaś - wskazuje na mnie ręką. Boli mnie głowa. Mam wrażenie, że pracuje tam milion młotów pneumatycznych. Czego on ode mnie chce?!
- Ja... N-nie r-rozumiem - wzdycha lekko poddenerwowany. Broda mi drży. Zaraz się rozpłaczę.
- Jak możesz cokolwiek rozumieć skoro uległaś poważnemu wypadkowi? - oblewa mnie zimny pot. Pamiętam jak przez mgłę szpital i to, jak ktoś się mną zajmował. Łapię się za tył czaszki i jęczę z bólu. Pierwsze twarze, jakie ujrzałam po przebudzeniu, były właśnie twarz Kiyoshiego i... X a n a.
- Nie pamiętałaś mnie – uśmiecha się z żalem. To był dla mnie cios. Kłamałaś. Ja tak myślałem. I nadal tak myślę. Specjalnie o mnie zapomniałaś. O NAS. Teraz wszyscy udawali, że Cię nie znają, by cię nie dręczyć. Nie wpajać za dużo nowych a jednak tak bardzo starych informacji i faktów. Jednak Dymek - wskazuje głową na Garry'ego - nie mógł się powstrzymać. Co za dupek... - bawi się zapalniczką. - Ukarzę cię. Zraniłaś nas wszystkich - zaciskam dłonie w pięści.
- Więc dlaczego ich wszystkich zabiłeś?! - łzy lecą mi po policzkach.
- Bo zrobili coś gorszego niż ty, ale to zostawię dla siebie - wymierza mi cios w brzuch. Braknie mi tchu. Mam gwiazdki przed oczami. Po głowie bije mi się jedno pytanie: Czemu? Przecież to nie moja wina! Gdybym miała na to wpływ... Gdybym tylko mogła coś zrobić z tą pamięcią! Próbuję coś powiedzieć, gdy mnie kopie, wymierza uderzenie za uderzeniem i rani moje drobne ciało coraz bardziej. Ból jest nie do wytrzymania. Zasłaniam twarz i głowę. On mnie zabije... Przestaje. Wszystkie moje cząsteczki pragną ukojenia lodem, zimną wodą, czymkolwiek! Nie mam nawet siły płakać. Godzę się ze swoim losem, wyobrażam sobie, jak witam śmierć niczym starą, dobrą znajomą. Walka na nic tu się zda. Jest za silny. Uspokajam oddech. - Twarda z ciebie dziewczyna, to muszę przyznać - coś upada na podłogę i czuję swąd spalenizny. Podłoga zajmuje się ogniem. - - Spróbuj się stąd wydostać. Pokaż, jak naprawdę mądra i sprytna jesteś - wychodzi tak po prostu zostawiając mnie samą. Mam okazję uciec. Próbuję się podnieść na nogi. Płomienie smagają moją skórę i palą ją. Z włosów pewnie nic mi nie zostanie. Omijam ciała Rei i Garry'ego. Zbieram w sobie resztki siły i woli. Biegnę przed siebie. Biegnę ile mogę. Ignoruję ten piekący ból w klatce piersiowej. Teraz wszystko zajęło się ogniem. Okazuje się, że cała podłoga w więzieniu została oblana benzyną. Mądry drań. Jestem pod wrażeniem i pewnie byłabym dumna, gdybym go pamiętała. W pewnym momencie czuję powiew wiatru. Drzwi stoją szeroko otwarte. Zatrzymuje się zszokowana. On to zrobił specjalnie! Wiedział, że uda mi się zwiać! I wtedy dociera do mnie, że tak naprawdę nigdy nie chciał mnie zabić. Było mu jedynie smutno, bo wszystko zapomniałam.
Wychodzę powoli na zewnątrz w śnieg. Oczy błyszczą mi ze wzruszenia. Wydostałam się! Słodka wolność! Śmieję się jak opętana. To niesamowite, jak bardzo byłam spięta i tego nie czułam. Wdycham świeże powietrze. Kaja ono moje nadwyrężone nerwy. Przecieram dłońmi twarz. Chwieje się. Słysze szelest za sobą. Drętwieję. Jak bardzo się myliłam. On jednak jest potworem, mordercą. Spuszczam głowę zrezygnowana.
- A miałem taką nadzieję, że jednak zginiesz - nigdy bym nie pomyślała, że podejdzie tak blisko. Przykłada mi broń do skroni. Układam usta w jedno słowo: przepraszam. Ostatnie, co pamiętam to huk i zimno ogarniające moje ciało.
Jakby ktoś się mnie pytał, jak to jest umrzeć to nie będę umiała odpowiedzieć na to pytanie. To jest tak nagłe. Opatula cię swoimi zimnymi ramionami i nie chce puścić dopóki się nie poddasz. Dopóki nie stracisz tych resztek chęci do życia. Zastanówcie się nad tym, co zrobiliście w całym swoim życiu, jakie błędy popełniliście, bo pewnego dnia znajdzie się taki Xan i was złapie, wymorduje.

* * *
Mogą być literówki, bo mi się nie chciało poprawiać x3 Byłabym bardzo wdzięczna, gdybyście powiedzieli mi, co sądzicie ;-; Wasze 150 cm czystego zła i służebnica szatana - Sonozaki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz