by atena

piątek, 3 października 2014

Przepraszam...

Bardzo was przepraszam ;_______; Nie dodaję rozdziału a zamiast niego jest to coś, które napisałam koleżance. Nie popisałam się niczym, totalny brak pomysłu. Także, przepraszam za beznadziejność tego opowiadania i postaram się jak najszybciej przepisać rozdział Gruvii z zeszytu na komputer

* * *

Zamykam oczy i myślę o tym co było, co jest teraz i co będzie kiedyś. Wspominam swoją pierwszą najlepszą przyjaciółkę i to, jak łatwo mnie zdradziła, zostawiła na rzecz przystojnego, popularnego chłopaka o oczach tak niebiesko-zielonych jak morze podczas wschodu słońca. Do tej pory pamiętam tą blondwłosą, roztrzepaną czuprynę, która zawsze kojarzyła mi się z piaskiem.
I jak na złość, w myśli wkrada się mój pierwszy i jedyny pocałunek z kolegą chorym na raka płuc. Tydzień później chowali go na cmentarzu a ja ryczałam po nim z dwa lata.
Otrząsam się.
Stoję właśnie na platformie przed ogromnym akwarium pełnym krwistoczerwonych piranii. W dłoni trzymam pokarm dla rybek tego rodzaju i obserwuje ich walkę o pożywienie. Są bardziej dzikie niż lwy i tygrysy. Nie potrafią się delektować. Rzucają się na swoją ofiarę, sprawiają, że woda drży, wybucha a białe bałwany rozbijają się o ścianki ich małego mieszkania.
Zacznijmy jednak od początku.
Mam na imię Sayuri. Lat 21. Zawód - łowca potworów w XXI wieku.
Mój zawód nie jest zbyt opłacalny. Czasy, w których żyje, cierpią na deficyt strasznych istot, zapierających dech w piersi, zdziczałych, żądnych krwi, bestii. Nie mam jak zarabiać.
Rodzice się ze mnie nabijają. "Trzeba było wybrać lepszy kierunek!" Zawsze się wtedy z nich nabijałam, że jeszcze zobaczą. Ale teraz to nie jest zabawne. Brak mi pieniędzy na życie. Nie daję rady opłacić czynszu i innych gówien. A tym bardziej brak funduszy na jakiekolwiek posiłki.
Pracuję więc dorywczo w zoo, jako kasjerka w spożywczaku i sprzątam w domu starców od czasu do czasu. I tak dostaję marne grosze.
Z zamyślenia i depresyjnych myśli o wskoczeniu do basenu pełnego zabójczych zwierząt ze szpileczkami zamiast zębów, wyrywa mnie cieniutki głos szefa. Inni pracownicy mówią na niego "Panienka". Biedny, nigdy nie przeszedł mutacji głosu i teraz ma przesrane.
- Sayuri Kishimoto!
Odwracam w jego stronę przymrużone oczy.
- Zaraz zejdę! - krzyczę i skupiam z powrotem wzrok na rybkach, które już spokojnie pływają i majtają tymi wielkimi ogonami czy jak to tam się zwie...
- Nie zaraz! Teraz! Z departamentu obrony do ciebie!
Jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki, robię obrót o 180 stopni i ruszam szybkim krokiem do malutkiej, przyrdzewiałej drabinki prowadzącej na stały ląd.
Mój nos wyczuwa niezłą robotę. I kupę szmalu przede wszystkim. Już słyszę szelest plików banknotów tuż przy uchu. I ten zapach druku obija mi się o nozdrza...
Prawie skaczę z ostatnich szczebelków na posadzkę. Trampki piszcza przy każdym kroku. Kojarzy mi się to zawsze z koszykarzami i tym, jak to latają za piłką pocąc się przy tym.
Podchodzę długimi susami do szefa i wlepiam w niego świecące się, pełne ciekawości, oczy. Przy okazji zauważam, że coś się zmieniło. Gdzie się podział jego garnitur z lumpeksu? Co na jego miejscu robią czarne rureczki, biała koszula i kamizelka?
- Ma szef dziewczynę? - wypalam jak głupia zanim zdąże ugryźć się w język.
Spodziewam się buraka tak wielkiego, jak dupa otyłego Amerykanina. Zamiast tego jednak, na twarzy wykwita mu pełen triumfu uśmieszek.
- Brawo za spostrzegawczość, panno Kishimoto. A teraz - wskazuje tu palcem na dwóch mężczyzn stojących niedaleko nas, ubranych w drogie garnitury i spoglądających na świat zza czarnych okularów przeciwsłonecznych. Czy oni w ogóle coś w nich widzą?
Z daleka dostrzegam jedne z najnowszych modeli broni palnych. Lufy błyszczą w świetle lamp energooszczędnych. Dla mnie to nieme ostrzeżenie. "Spróbuj wywinąć coś nierozsądnego - zgniesz na miejscu."
Zaciskam usta w wąską kreskę.
Mimo, że to właśnie od Departamentu Obrony tacy jak ja dostają zlecenia, zawsze występują między nami spory. Głównie przyczyną są różne poglądy. My - łowcy - mamy żyć w prześwadczeniu, że bez względu na liczbę zabitych przy polowaniu, mamy działać aż do skutku. Nie zważając na nic. Natomiast urzędnikom zależy na bezpieczeństwu publicznym. Byłam już kilkakrotnie świadkiem naprawdę poważnej bójki między jednym z nich a moim kolegą po fachu. Zgadnijcie. Który wylądował w szpitalu?
"Panienka" klepie mnie pokrzepiająco po ramieniu i popycha lekko w stronę departamentowców.
- Powodzenia, skarbie~ - szepcze, gdy robię pierwszy, ciężki krok pełen napięcia i zdenerwowania.
Mój entuzjazm gaśnie. Wyczuwam obecność osoby, której szczerze nienawidzę. Serce ściska mi się na samą myśl, że on tu jest. Jedyny człowiek znający moje największe słabości wpatruje się we mnie z ukrycia i przewierca wzrokiem sępa bądź modliszki. Przełykam ogromną gulę i szybkim, pewnym krokiem przemierzam dzielącą mnie odległość z ludźmi w garniturach.
Staram się nie garbić, skupiam myśli na szumie aparatury pompującej wodę do akwarium. I uśmiecham słodko, bo stoję już twarzą w twarz z obrońcami uciśnionych. Oni tego nie odwzajemniają. Nie mogą. Taka praca. Powaga przede wszystkim. Nie okazuj uczuć. I tak dalej...
- Zwiadowco, mamy pewne doniesienia - zaczyna jeden z nich.
Ach, no tak. Zapomniałam o czymś bardzo ważnym. Łowcy dzielą się na poszczególne grupy. Zależnie od umiejętności. Zwiadowcy - posługują się łukami, kuszami. Takie tam średniowiecze.
Rycerze - chyba wszystko jasne.
Magowie to bajka, ale podobno ktoś ich kiedyś w akcji widział. Żywe legendy mające pod swoją pieczą cztery żywioły.
Ostatnią grupą są Skrytobójcy. Najbardziej szanowani, cenieni na rynku. Marzeniem każdego jest do nich należeć. Za to wszyscy unikają Zwiadowców. Podobno jesteśmy najmniej skuteczną formą zabijania potwór. Dla mnie to jednak brednie. Posiadam w końcu tytuł jednego z najlepszych.
Unoszę wysoko brwi na znak, by mówił dalej. - W Tokyo widziano chimerę. Masz się nią zająć - dokańcza drugi beznamiętnie. Gwiżdżę cicho i zacieram dłonie. O tak! Prawie skaczę z radości. Głowy tych skubańców są wiele warte! Na czarnym rynku kupę forsy zgarnę! 
- Jakie wynagrodzenie? - pytam podekscytowana. - Milion yenów - słyszę za sobą głęboki, ciepły głos. Nie, nie nie...
- Oczywiście, dzielone na pół, siostrzyczko~! Klnę pod nosem i odwracam się w stronę wysokiego mężczyzny o czekoladowych oczach i czarnych jak smoła włosach. Lustruję wzrokiem jego posturę. Pierwsze, co przykuwa moją uwagę to strój z bardzo drogiej skóry jakiegoś zwierzęcia. I przystojna twarz mająca nieco ostrzejsze rysy niż ja. Mój brat bliźniak Tasuku. Starszy o 5 minut i o wiele bardziej utalentowany. Zawsze zauważany przez rodziców i innych ludzi. Zawsze na pierwszym miejscu. Zawsze, zawsze, zawsze. To ja byłam tą, która powinna brać przykład. Mówiono mi, jak powinnam się zachowywać. "Dlaczego nie możesz być taka, jak twój starszy brat?" "Postaraj się bardziej! Tasuku przecież potrafi!" I tak oto tworzyła się między mną a nim ogromna przepaść. Nie obwiniam go o to. Rodzina głównie zawiniła. Gdyby nie oni, mógłby być naprawdę miłym chłopakiem.
Jęczę cicho i odsuwam się o krok. Tamci już zdążyli uciec w obawie, że się pobijemy. 
- Pracujemy razem? - szepczę z zawodem w głosie. Nie tego chciałam. Pierwsza robota od bardzo dawna i to akurat z nim... Toż to katorga! Przede mną godziny słuchania tego, co robię źle. Aż wrze we mnie z nienawiści. Tasuku kiwa głową ze złośliwym uśmiechem, od którego wulkan emocji wybucha w moich myślach. To przechodzi na układ nerwowy i krwiobieg. Stamtąd trafia do twarzy i wylewa się w siarczysty rumieniec. Ukrywam go za włosami. Zaciskam dłonie w pięści i zgrzytam zębami byleby nie wybuchnąć i nie palnąć czegoś głupiego, niestosownego.
- Też się nie cieszę. Nie mamy jednak zbyt wielkiego wyboru. Tak nas przydzielono - słucham go jednym uchem. Tak naprawdę kalkuluję wszystko szybko, na poczekaniu. Jakie jest prawdopodobieństwo, że dostanę swoje wynagrodzenie? On jest Skrytobójcą. I to całkiem cwanym. Zgarnie kasę dla siebie a ja zostanę z niczym. Potrząsam głową. Nie mogę o tym teraz myśleć. Najwyżej zrobię aferę.Podnoszę wzrok na brata, który przygląda mi się uważnie z poważną miną. Czuję się niezręcznie. Nie na co dzień ktoś mnie tak lustruje. Odnoszę wrażenie, że mnie rozbiera choć zboczeńcem nie jest. Przynajmniej nic mi o tymi nie wiadomo. 
- Schudłaś. Jak chcesz walczyć z tym potworem? - podskakuję w miejscu. Gdzie się podziała kpina bijąca od jego postawy? Co się stało z tym irytującym tonem chłopaka, który pozjadał wszystkie rozumy? Dlaczego zastąpiła je troska? Otwieram usta zdumiona. Chcę coś powiedzieć, ale słowa jak na złość nie opuszczają gardła. Klepie mnie po ramieniu. To delikatny dotyk, wręcz pokrzepiający. Nie poznaję go. 
- Chimery nie ma w Tokyo. Jest w tym mieście - mówi cicho przy okazji się rozglądając, czy ktoś nie podsłuchuje. 
- Słucham?! - syczę i prawie krztuszę się własną śliną. Jestem kompletnie zbita z tropu. Czyli w każdej chwili ktoś mógł zginąć?! Moją uwagę przykuwa czerwona torba przewieszona przez jego ramie. Wygląda na bardzo ciężką. I jest czymś napchana.
Widząc moje zainteresowanie, Tasuku podaje mi torbę. Gdy chwytam ją w dłoń, od razu spada na ziemię. Nie udźwignę jej. Krzywię się i kucam przy niej. Rozsuwam powoli zamek, który wydaje z siebie cichy pomruk. W środku błyszczy piękny, złoto zielony łuk z wyrytymi fikuśnymi wzorami. Zapiera mi dech w piersiach z wrażenia.
- Pre... - świst powietrza zagłusza słowa Tasuku. Widzę na jego twarzy malujące się przerażenie. Marszczę nos i gdy odwracam głowę w bok, coś uderza mnie w twarz. Przez moje ciało przechodzą iskierki bólu, krzyczę ile sił w płucach. Impet uderzenia sprawia, że lecę do tyłu na łeb na szyję i natrafiam na najbliższą ścianę. Gruz i tynk wzlatują w powietrze, gdy wbijam się w gruby materiał. Nie mogę oddychać. Próbuję złapać choć jeden drżący oddech, ale jedno, co mi się udaje, to wyplucie sporej ilości krwi.
Klęczę na rozedrganych nogach i patrzę prosto w ślepia potwora, który mnie zaatakował. Krwistoczerwone gałki oczne przepełnione nienawiścią i chęcią mordu sprawiają, że trzęsę się ze strachu i dławię własną krwią. Wzdłuż brzucha, aż po szyję i okolice tętnicy nie czuję nic. Jakbym została pozbawiona jakichkolwiek nerwów.
Przez przymglone spojrzenie widzę ją. Głowę kozy po przesiewaną gnijącymi ranami. I ciało lwa. Pazury poplamione posoką z mojego ciała. Gdzieś tam z tyłu majaczy głowa smoka pokazujące ostre jak brzytwa zęby.
Do mojego nosa dociera swąd spalenizny. To chimera szykuje się do wyplucia kuli ognia. A ja nie mogę się ruszyć. "Zginę tu." Przechodzi mi szybko przez myśl jedno zdanie. I to zdanie sprawia, że wybucha we mnie nowa determinacja. Pokaże Tasuku, na co mnie stać! Gdybym tylko mogła się ruszyć. Gdyby moje zmysły działały na pełnych obrotach. I gdzie jest ten debil?!
Gdy już myślę, że spalę się na miejscu, silne dłonie łapią mnie w pasie i unoszą w górę. Krzyczę. Drę się w niebo głosy. Boliboliboli mnie całe ciało. I wnętrzności. Serce za szybko bije, rozsadzi mnie.
- Uspokój się! - próbuje mnie przekrzyczeć. Tylko co z tego, skoro nie słucham? - Kurwa mać! - zostaję położona na ziemi. Powieki mam ciężkie i po chwili zasypiam. Nie kontroluję już oddechu. Bolą mnie płuca, ale mam to gdzieś. Niech się dzieje, co chce. Nie słyszę, nie odczuwam. Jestem pusta.
Oczyma wyobraźni widzę jednak, jak Tasuku tnie kataną chimerę. Wyobrażam sobie świst stali, który zawsze mnie irytował i ranił uszy.
I chlast! Dostaje po twarzy i szybko otwieram oczy.
- Jasna cholera... - wzdycha z ulgą i przytula mnie mocno. Klepie go lekko. Widzę kątem mnóstwo krwi, wnętrzności i innych gówien chimiery. Gdzieś tam wala się brudna katana z postrzępionym ostrzem. Najwidoczniej skubaniec był twardym przeciwnikiem.
- Nie rób mi tak więcej, zrozumiano? - gromi mnie wzrokiem a ja się wzdrygam.
- U-Um... - macam swój brzuch. Nic tam nie ma. Najwidoczniej użył jakiegoś płynu od Departamentu Obrony.
- Aha... I kazano mi być dla ciebie miłym. Mamy dzisiaj urodziny, głupku! - stawia mnie na równe nogi. Nie uginają się pode mną. Nie jestem ranna. Wszystko jest okej. Normalnie cud, miód i maliny!
Uderzam Tasuku w brzuch.
- To ten jeden raz idziesz ze mną na kebaba! - śmieje się i pociąga mnie za sobą. Jebać bałagan i nagrodę za zabicie jej. Muszę skorzystać z Dnia Dobroci dla Zwierząt.

1 komentarz:

  1. Hej. Przed chwila na jednym z moich ulubionych blogów zauważyłam notkę proszącą o wejście na pewna stronę i pomoc w nagłośnieniu sprawy. To żaden spam, po prostu sprawa mna wstrząsnęła i postanowiłam zrobic co moge, zeby pomoc. Tak wiec... PROSZE WSZYSTKICH O WEJŚCIE W TEN LINK:
    http://akrylove.blogspot.co.uk/2014/10/breakin-law.html?m=1
    Sprawa dotyczy kradzieży treści blogow, wiec postanowiłam opublikować to na każdym blogu jakiego czytam.
    ...
    A tak swoją drogą, to krótko bo krótko, ale super historyjka :3

    OdpowiedzUsuń