by atena

poniedziałek, 10 listopada 2014

Mini horror

Dyszę. Pocę się i umieram z przerażenia.
Czuję na sobie czyjś wzrok i oddech, gdy biegnę przez cmentarz znajdujący się tuż przed Porzuconym Opactwem. Mimo rwącego bólu przechodzącego przez moje mięśnie, pędzę ile sił w nogach do miejsca, gdzie będzie przezornie bezpiecznie. Potykając się o jedne z wyższych nagrobków, sztylety, które przebiły twardą skórę kabur, wbijają się bezlitośnie w osłoniętą cienkim, elastycznym materiałem spodni, w skórę. Ląduję twarzą w ziemi. Po udzie spływają stróżki gorącej krwi a błoto i trawa dostają się do przełyku razem ze śliną. Okropny, gorzki smak tylko pogarsza sytuację i panika przenika mnie cała od stóp do głów. Przebieram nogami, odpinam od spodni ciężki sprzęt drżącymi rękami i zrywam się. Nie mogę jednak dalej biec. Coś trzyma mocno moją pogniecioną koszulę. Ma świszczący oddech i przede wszystkim śmierdzący stęchlizną. Robi mi się niedobrze i prawie wypuszczam z ust zawartość żołądka, czyli śniadanie, którego nie zdążyłam jeszcze przetrawić. Połykam jednak kwaśną żółć. Ostatkami woli przypomina sobie podstawowe ćwiczenia, których nauczyłam się na początku mej krótkiej kariery człowieka poszukującego przygód. W tym momencie zimne, chude dłonie zawiązują się na mojej szyi i boleśnie zaczynają podduszać. Zanim uczucie grozy znowu nade mną zapanuje, chwytam potwora za ręce i siłą, jaka mi pozostała, uginam nogi w kolanach, napinam wszystkie mięśnie i przerzucam go przez ramię. Słyszę dźwięk łamanych kości, stękanie i warczenie. Nie czekając aż to coś się pozbiera do kupy, zmuszam się do kolejnego wysiłku jakim jest dotarcie do drewnianych, ogromnych, skrzypiących drzwi. Rana zdobiąca nogę utrudnia mi jedynie ucieczkę, staje się czystym utrapieniem i zapewne przyszłą zgubą. Walcząc o oddech i tlen wpadam do środka. Pierwsze, co przykuwa moją uwagę, to brak pająków, zjaw i innych stworzeń. Gdy tu biegłam, brakowało również zombie. I gdzie się podziali inni ludzie? Rozglądam się po tym pobojowisku. Niby wszystko wygląda normalnie. Taki sam nieład i nieporządek. Ławki walające się bez celu, połamane drewniane krzesła, gruz sypiący się z dachu i ołtarz po środku tego. A tam błyszczy świecznik. Mimo, że jest bardzo zakurzony, odbija światło księżyca i pada na moją bladą twarz poprzecinaną bliznami - pamiątkami po niebezpiecznych zleceniach. Za mną rozlega się szuranie i pisk metalu ocieranego o kamień. Czy to siekiera? A może stępiony miecz? Przełykam ślinę nerwowo i ruszam w stronę ołtarzu. Marsz przechodzi w trucht i chowam się z drugiej strony. Tak, by potwór mnie nie widział. Liczę na to, że nie ma dobrego węchu i nie wyczuje mej obecności. Klepie się po kieszeniach spodni. Wyczuwam pod palcami twardość fiolki z trucizną, którą zawsze podawałam ludziom do herbat. W momencie, gdy palcami naciskam ranę, syczę cicho. Podnoszę dłoń do twarzy. Karmazynowy płyn sprawia, że drżę. Jest go zdecydowanie zbyt dużo. Jestem skupiona na ranie i obwiązywaniu jej opaską uciskową zrobioną ze skrawka nogawki i nie zauważam, jak to coś się zbliżyło. Dopiero wbicie ostrza w blat tuż nad moją głową sprawia, że wracam myślami do rzeczywistości. Trzęsę się jak osika, oddech mi przyspiesza.
Boję się. 
Nie chcę umierać. 
Niech mi ktoś pomoże!
Posyłam cichą modlitwę do Boga, o ile gdzieś tam jest i wychylam się. Odpycham się jedną nogą z zamierzeniem sturlania się po schodach. Zostaję jednak popchnięta na ścianę z taką mocą, że robię dziurę w skale a gruz sypie się dookoła. We włosach mam mniejsze i większe części ściany. Ostrzejsze końce odłamków ranią moją skórę i krew wsiąka we włosy. Nadmiar zaczął spływać po twarzy przysłaniając widok. Ciemne plamy przed oczami sprawiają, że nie widzę postaci, która sterczy nade mną niczym kat. Chucha mi na wargi. Zamachuje się przy tym wielkim, złowieszczo lśniącym toporem. Nie przymykam powiek. Patrzę odważnie na oprawcę. Na gnijące, jednookie monstrum wielkości dwojga rosłych mężczyzn. Jest nagie, brak narządów rozrodczych. Nie mogę określić płci... Dostaję w głowę. Ostrze odcina mi czubek czaszki, mózg się wylewa. Wszystko jednak czuję. Zza mgły łez widzę, jak cyklop rzuca broń w bok, pochyla się nade mną i zaczyna jeść. Przez chwilę drę się w głos, gdy rozrywa moje ciało na kawałki. Dławię się własną krwią. Boli. Przestań...

Gdy dobiera się do serca, nie ma już nic. 
Tylko ciemność i głucha cisza...
* * * 
Nareszcie przyszły długo oczekiwane przeze mnie wyniki konkursu na opowiadanie z okazji Halloween. Spośród trzech serwerów polskich w grze Runes of Magic wybrano trzy najlepsze zgłoszenia. Moje opowiadanie zostało wyróżnione na najwyższym podium. Podjarkę będę miała chyba do końca tygodnia. XD Nic...
Mam nadzieję, że wam również się spodoba - tak samo, jak jury konkursu.

piątek, 3 października 2014

Przepraszam...

Bardzo was przepraszam ;_______; Nie dodaję rozdziału a zamiast niego jest to coś, które napisałam koleżance. Nie popisałam się niczym, totalny brak pomysłu. Także, przepraszam za beznadziejność tego opowiadania i postaram się jak najszybciej przepisać rozdział Gruvii z zeszytu na komputer

* * *

Zamykam oczy i myślę o tym co było, co jest teraz i co będzie kiedyś. Wspominam swoją pierwszą najlepszą przyjaciółkę i to, jak łatwo mnie zdradziła, zostawiła na rzecz przystojnego, popularnego chłopaka o oczach tak niebiesko-zielonych jak morze podczas wschodu słońca. Do tej pory pamiętam tą blondwłosą, roztrzepaną czuprynę, która zawsze kojarzyła mi się z piaskiem.
I jak na złość, w myśli wkrada się mój pierwszy i jedyny pocałunek z kolegą chorym na raka płuc. Tydzień później chowali go na cmentarzu a ja ryczałam po nim z dwa lata.
Otrząsam się.
Stoję właśnie na platformie przed ogromnym akwarium pełnym krwistoczerwonych piranii. W dłoni trzymam pokarm dla rybek tego rodzaju i obserwuje ich walkę o pożywienie. Są bardziej dzikie niż lwy i tygrysy. Nie potrafią się delektować. Rzucają się na swoją ofiarę, sprawiają, że woda drży, wybucha a białe bałwany rozbijają się o ścianki ich małego mieszkania.
Zacznijmy jednak od początku.
Mam na imię Sayuri. Lat 21. Zawód - łowca potworów w XXI wieku.
Mój zawód nie jest zbyt opłacalny. Czasy, w których żyje, cierpią na deficyt strasznych istot, zapierających dech w piersi, zdziczałych, żądnych krwi, bestii. Nie mam jak zarabiać.
Rodzice się ze mnie nabijają. "Trzeba było wybrać lepszy kierunek!" Zawsze się wtedy z nich nabijałam, że jeszcze zobaczą. Ale teraz to nie jest zabawne. Brak mi pieniędzy na życie. Nie daję rady opłacić czynszu i innych gówien. A tym bardziej brak funduszy na jakiekolwiek posiłki.
Pracuję więc dorywczo w zoo, jako kasjerka w spożywczaku i sprzątam w domu starców od czasu do czasu. I tak dostaję marne grosze.
Z zamyślenia i depresyjnych myśli o wskoczeniu do basenu pełnego zabójczych zwierząt ze szpileczkami zamiast zębów, wyrywa mnie cieniutki głos szefa. Inni pracownicy mówią na niego "Panienka". Biedny, nigdy nie przeszedł mutacji głosu i teraz ma przesrane.
- Sayuri Kishimoto!
Odwracam w jego stronę przymrużone oczy.
- Zaraz zejdę! - krzyczę i skupiam z powrotem wzrok na rybkach, które już spokojnie pływają i majtają tymi wielkimi ogonami czy jak to tam się zwie...
- Nie zaraz! Teraz! Z departamentu obrony do ciebie!
Jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki, robię obrót o 180 stopni i ruszam szybkim krokiem do malutkiej, przyrdzewiałej drabinki prowadzącej na stały ląd.
Mój nos wyczuwa niezłą robotę. I kupę szmalu przede wszystkim. Już słyszę szelest plików banknotów tuż przy uchu. I ten zapach druku obija mi się o nozdrza...
Prawie skaczę z ostatnich szczebelków na posadzkę. Trampki piszcza przy każdym kroku. Kojarzy mi się to zawsze z koszykarzami i tym, jak to latają za piłką pocąc się przy tym.
Podchodzę długimi susami do szefa i wlepiam w niego świecące się, pełne ciekawości, oczy. Przy okazji zauważam, że coś się zmieniło. Gdzie się podział jego garnitur z lumpeksu? Co na jego miejscu robią czarne rureczki, biała koszula i kamizelka?
- Ma szef dziewczynę? - wypalam jak głupia zanim zdąże ugryźć się w język.
Spodziewam się buraka tak wielkiego, jak dupa otyłego Amerykanina. Zamiast tego jednak, na twarzy wykwita mu pełen triumfu uśmieszek.
- Brawo za spostrzegawczość, panno Kishimoto. A teraz - wskazuje tu palcem na dwóch mężczyzn stojących niedaleko nas, ubranych w drogie garnitury i spoglądających na świat zza czarnych okularów przeciwsłonecznych. Czy oni w ogóle coś w nich widzą?
Z daleka dostrzegam jedne z najnowszych modeli broni palnych. Lufy błyszczą w świetle lamp energooszczędnych. Dla mnie to nieme ostrzeżenie. "Spróbuj wywinąć coś nierozsądnego - zgniesz na miejscu."
Zaciskam usta w wąską kreskę.
Mimo, że to właśnie od Departamentu Obrony tacy jak ja dostają zlecenia, zawsze występują między nami spory. Głównie przyczyną są różne poglądy. My - łowcy - mamy żyć w prześwadczeniu, że bez względu na liczbę zabitych przy polowaniu, mamy działać aż do skutku. Nie zważając na nic. Natomiast urzędnikom zależy na bezpieczeństwu publicznym. Byłam już kilkakrotnie świadkiem naprawdę poważnej bójki między jednym z nich a moim kolegą po fachu. Zgadnijcie. Który wylądował w szpitalu?
"Panienka" klepie mnie pokrzepiająco po ramieniu i popycha lekko w stronę departamentowców.
- Powodzenia, skarbie~ - szepcze, gdy robię pierwszy, ciężki krok pełen napięcia i zdenerwowania.
Mój entuzjazm gaśnie. Wyczuwam obecność osoby, której szczerze nienawidzę. Serce ściska mi się na samą myśl, że on tu jest. Jedyny człowiek znający moje największe słabości wpatruje się we mnie z ukrycia i przewierca wzrokiem sępa bądź modliszki. Przełykam ogromną gulę i szybkim, pewnym krokiem przemierzam dzielącą mnie odległość z ludźmi w garniturach.
Staram się nie garbić, skupiam myśli na szumie aparatury pompującej wodę do akwarium. I uśmiecham słodko, bo stoję już twarzą w twarz z obrońcami uciśnionych. Oni tego nie odwzajemniają. Nie mogą. Taka praca. Powaga przede wszystkim. Nie okazuj uczuć. I tak dalej...
- Zwiadowco, mamy pewne doniesienia - zaczyna jeden z nich.
Ach, no tak. Zapomniałam o czymś bardzo ważnym. Łowcy dzielą się na poszczególne grupy. Zależnie od umiejętności. Zwiadowcy - posługują się łukami, kuszami. Takie tam średniowiecze.
Rycerze - chyba wszystko jasne.
Magowie to bajka, ale podobno ktoś ich kiedyś w akcji widział. Żywe legendy mające pod swoją pieczą cztery żywioły.
Ostatnią grupą są Skrytobójcy. Najbardziej szanowani, cenieni na rynku. Marzeniem każdego jest do nich należeć. Za to wszyscy unikają Zwiadowców. Podobno jesteśmy najmniej skuteczną formą zabijania potwór. Dla mnie to jednak brednie. Posiadam w końcu tytuł jednego z najlepszych.
Unoszę wysoko brwi na znak, by mówił dalej. - W Tokyo widziano chimerę. Masz się nią zająć - dokańcza drugi beznamiętnie. Gwiżdżę cicho i zacieram dłonie. O tak! Prawie skaczę z radości. Głowy tych skubańców są wiele warte! Na czarnym rynku kupę forsy zgarnę! 
- Jakie wynagrodzenie? - pytam podekscytowana. - Milion yenów - słyszę za sobą głęboki, ciepły głos. Nie, nie nie...
- Oczywiście, dzielone na pół, siostrzyczko~! Klnę pod nosem i odwracam się w stronę wysokiego mężczyzny o czekoladowych oczach i czarnych jak smoła włosach. Lustruję wzrokiem jego posturę. Pierwsze, co przykuwa moją uwagę to strój z bardzo drogiej skóry jakiegoś zwierzęcia. I przystojna twarz mająca nieco ostrzejsze rysy niż ja. Mój brat bliźniak Tasuku. Starszy o 5 minut i o wiele bardziej utalentowany. Zawsze zauważany przez rodziców i innych ludzi. Zawsze na pierwszym miejscu. Zawsze, zawsze, zawsze. To ja byłam tą, która powinna brać przykład. Mówiono mi, jak powinnam się zachowywać. "Dlaczego nie możesz być taka, jak twój starszy brat?" "Postaraj się bardziej! Tasuku przecież potrafi!" I tak oto tworzyła się między mną a nim ogromna przepaść. Nie obwiniam go o to. Rodzina głównie zawiniła. Gdyby nie oni, mógłby być naprawdę miłym chłopakiem.
Jęczę cicho i odsuwam się o krok. Tamci już zdążyli uciec w obawie, że się pobijemy. 
- Pracujemy razem? - szepczę z zawodem w głosie. Nie tego chciałam. Pierwsza robota od bardzo dawna i to akurat z nim... Toż to katorga! Przede mną godziny słuchania tego, co robię źle. Aż wrze we mnie z nienawiści. Tasuku kiwa głową ze złośliwym uśmiechem, od którego wulkan emocji wybucha w moich myślach. To przechodzi na układ nerwowy i krwiobieg. Stamtąd trafia do twarzy i wylewa się w siarczysty rumieniec. Ukrywam go za włosami. Zaciskam dłonie w pięści i zgrzytam zębami byleby nie wybuchnąć i nie palnąć czegoś głupiego, niestosownego.
- Też się nie cieszę. Nie mamy jednak zbyt wielkiego wyboru. Tak nas przydzielono - słucham go jednym uchem. Tak naprawdę kalkuluję wszystko szybko, na poczekaniu. Jakie jest prawdopodobieństwo, że dostanę swoje wynagrodzenie? On jest Skrytobójcą. I to całkiem cwanym. Zgarnie kasę dla siebie a ja zostanę z niczym. Potrząsam głową. Nie mogę o tym teraz myśleć. Najwyżej zrobię aferę.Podnoszę wzrok na brata, który przygląda mi się uważnie z poważną miną. Czuję się niezręcznie. Nie na co dzień ktoś mnie tak lustruje. Odnoszę wrażenie, że mnie rozbiera choć zboczeńcem nie jest. Przynajmniej nic mi o tymi nie wiadomo. 
- Schudłaś. Jak chcesz walczyć z tym potworem? - podskakuję w miejscu. Gdzie się podziała kpina bijąca od jego postawy? Co się stało z tym irytującym tonem chłopaka, który pozjadał wszystkie rozumy? Dlaczego zastąpiła je troska? Otwieram usta zdumiona. Chcę coś powiedzieć, ale słowa jak na złość nie opuszczają gardła. Klepie mnie po ramieniu. To delikatny dotyk, wręcz pokrzepiający. Nie poznaję go. 
- Chimery nie ma w Tokyo. Jest w tym mieście - mówi cicho przy okazji się rozglądając, czy ktoś nie podsłuchuje. 
- Słucham?! - syczę i prawie krztuszę się własną śliną. Jestem kompletnie zbita z tropu. Czyli w każdej chwili ktoś mógł zginąć?! Moją uwagę przykuwa czerwona torba przewieszona przez jego ramie. Wygląda na bardzo ciężką. I jest czymś napchana.
Widząc moje zainteresowanie, Tasuku podaje mi torbę. Gdy chwytam ją w dłoń, od razu spada na ziemię. Nie udźwignę jej. Krzywię się i kucam przy niej. Rozsuwam powoli zamek, który wydaje z siebie cichy pomruk. W środku błyszczy piękny, złoto zielony łuk z wyrytymi fikuśnymi wzorami. Zapiera mi dech w piersiach z wrażenia.
- Pre... - świst powietrza zagłusza słowa Tasuku. Widzę na jego twarzy malujące się przerażenie. Marszczę nos i gdy odwracam głowę w bok, coś uderza mnie w twarz. Przez moje ciało przechodzą iskierki bólu, krzyczę ile sił w płucach. Impet uderzenia sprawia, że lecę do tyłu na łeb na szyję i natrafiam na najbliższą ścianę. Gruz i tynk wzlatują w powietrze, gdy wbijam się w gruby materiał. Nie mogę oddychać. Próbuję złapać choć jeden drżący oddech, ale jedno, co mi się udaje, to wyplucie sporej ilości krwi.
Klęczę na rozedrganych nogach i patrzę prosto w ślepia potwora, który mnie zaatakował. Krwistoczerwone gałki oczne przepełnione nienawiścią i chęcią mordu sprawiają, że trzęsę się ze strachu i dławię własną krwią. Wzdłuż brzucha, aż po szyję i okolice tętnicy nie czuję nic. Jakbym została pozbawiona jakichkolwiek nerwów.
Przez przymglone spojrzenie widzę ją. Głowę kozy po przesiewaną gnijącymi ranami. I ciało lwa. Pazury poplamione posoką z mojego ciała. Gdzieś tam z tyłu majaczy głowa smoka pokazujące ostre jak brzytwa zęby.
Do mojego nosa dociera swąd spalenizny. To chimera szykuje się do wyplucia kuli ognia. A ja nie mogę się ruszyć. "Zginę tu." Przechodzi mi szybko przez myśl jedno zdanie. I to zdanie sprawia, że wybucha we mnie nowa determinacja. Pokaże Tasuku, na co mnie stać! Gdybym tylko mogła się ruszyć. Gdyby moje zmysły działały na pełnych obrotach. I gdzie jest ten debil?!
Gdy już myślę, że spalę się na miejscu, silne dłonie łapią mnie w pasie i unoszą w górę. Krzyczę. Drę się w niebo głosy. Boliboliboli mnie całe ciało. I wnętrzności. Serce za szybko bije, rozsadzi mnie.
- Uspokój się! - próbuje mnie przekrzyczeć. Tylko co z tego, skoro nie słucham? - Kurwa mać! - zostaję położona na ziemi. Powieki mam ciężkie i po chwili zasypiam. Nie kontroluję już oddechu. Bolą mnie płuca, ale mam to gdzieś. Niech się dzieje, co chce. Nie słyszę, nie odczuwam. Jestem pusta.
Oczyma wyobraźni widzę jednak, jak Tasuku tnie kataną chimerę. Wyobrażam sobie świst stali, który zawsze mnie irytował i ranił uszy.
I chlast! Dostaje po twarzy i szybko otwieram oczy.
- Jasna cholera... - wzdycha z ulgą i przytula mnie mocno. Klepie go lekko. Widzę kątem mnóstwo krwi, wnętrzności i innych gówien chimiery. Gdzieś tam wala się brudna katana z postrzępionym ostrzem. Najwidoczniej skubaniec był twardym przeciwnikiem.
- Nie rób mi tak więcej, zrozumiano? - gromi mnie wzrokiem a ja się wzdrygam.
- U-Um... - macam swój brzuch. Nic tam nie ma. Najwidoczniej użył jakiegoś płynu od Departamentu Obrony.
- Aha... I kazano mi być dla ciebie miłym. Mamy dzisiaj urodziny, głupku! - stawia mnie na równe nogi. Nie uginają się pode mną. Nie jestem ranna. Wszystko jest okej. Normalnie cud, miód i maliny!
Uderzam Tasuku w brzuch.
- To ten jeden raz idziesz ze mną na kebaba! - śmieje się i pociąga mnie za sobą. Jebać bałagan i nagrodę za zabicie jej. Muszę skorzystać z Dnia Dobroci dla Zwierząt.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Gruvia, Rozdział 4. - Obietnica.

Shiion

Turkot kół pociągu rozbrzmiewa w moich uszach bez przerwy. Nie mam nic do jeżdżenia pociągiem czy innym środkiem lokomocji. Gray i Juvia również. Właściwie, to nie wiem, co robią. Czy obserwują mnie uważnym spojrzeniem próbując w ten sposób dowiedzieć się, jak bardzo ucierpiała mi psychika?
Patrzę się jedynie w okno i obserwuję zostający w tyle krajobraz. Liście drzew mieszają się w zielone plamy. Ze szczeliny przy suficie wpada do przedziału świeże powietrze.
Ślę w duchu podziękowania Gray'owi. Gdyby nie on, nie byłoby mnie już na tym świecie.
Bardzo ciężko oddycham choć przedwczesny szok i obużenie zamieniły się miejscami z przerażeniem i niedowierzeniem. Dlaczego ktoś próbował mnie zabić?
Powtarzam to pytanie w myślach bez chwili wytchnienia.
Opieram zgięty łokieć na drewnianym, lśniącym stoliczku przytwierdzonym do ściany pociągu i obserwuję chudą, posiniaczoną rękę. Jeszcze czuję na sobie boleśnie zaciśnięte długie, srebrne palce oprawcy. Oczyma wyobraźni dostrzegam te czerwone, pełne obłędu, ślepia. Wzdrygam się na samo wspomnienie ataku w salonie fryzjerskim i skupiam uwagę na śpiącej Juvii.
Błękitne włosy zasłaniają jej przymknięte powieki. Dłonie złożone jak do modlitwy leżą luźno na kolanach. Uśmiecham się lekko. Urocze.
Gdy przekierowuję wzrok na Gray'a, napotykam uważne spojrzenie lustrujące mnie zawzięcie.
Uśmiech gaśnie mi na ustach. Śledzę uważnie ruch jego warg i ze zdziwieniem dociera do mnie, co właśnie mówi.

Gray

Przygryzam nerwowo policzek od środka. Na języku czuję metaliczny smak krwi. Przełykam ją i myślę, co robić dalej. Każdy, dosłownie każdy kojarzy mnie i Juvię, więc nawet jeśli chcemy uciekać, nie uda się. Wyślą pościg i łatwo nas znajdą.
Rozważam zmianę wyglądu. O tak. Idealnie. Tylko jak przekonać do tego dziewczyny?
Wzdycham i unoszę wzrok z zaciśniętych dłoni w pięści na Shion. Napotykam jej spłoszone spojrzenie, które prześlizguje się na moje mocno zaciśnięte usta. Czas powiedzieć smutną wiadomość.
Poprawiam się na siedzeniu, prostuję plecy i marszczę brwi.
- Nie należymy już do Gildii. Jesteśmy uciekinierami - szepczę, by nie obudzić śpiącej Juvii.
Na twarzy dziewczyny maluje się zdumienie. Nic dziwnego. Jeszcze kilka godzin temu chciano ją chucznie przyjąć.
- I co teraz z nami będzie? - odpowiada piskliwym głosikiem. Znowu wbijam zęby w dolną wargę. No właśnie. Co teraz? Nie mamy gdzie się podziać. Frustracja powoli przejmuje nade mną kontrolę. Jestem bezsilny. Co ze mnie za mag, który nie potrafi poradzić sobie z tak drobnym problemem?
Nie odrywam od niej wzroku choć trudno patrzeć mi w jej twarz.
- Coś wymyślę... - mówię bez przekonania. Nie wierzę we własne słowa. Mam pustą głowę. Zero pomysłów. Dodaje jednak pewne słowo, które powinno ją uspokoić. - Obiecuję. Obiecuję, że dam ci szczęście i bezpieczeństwo.

Shiion

"Obiecuję." To słowo sprawia, że łzy szczęścia podchodzą mi do oczu. Widząc pierwsze słone krople spływające po policzkach, Gray natychmiast mnie przytula. I powtarza wciąż to samo. Nie stać mnie nawet na zwykłe "dziękuję". Powiem mu to wtedy, gdy dopełni obietnicy. Tak będzie najlepiej.
Klepię go po plecach na znak, że już jest dobrze. Wprawdzie trudno mi jeszcze zebrać myśli do kupy, ale sądzę, że jakoś sobie poradzę.
On się odsuwa a ja ponad jego ramieniem spoglądam na Juvię. Nie śpi. Automatycznie blednę przestraszona, że mogła źle tą sytuację odebrać.
Przyglądam się bardziej jej ustom zaciśniętym w wąską kreskę i oczom wpatrującym się w krajobraz na zewnątrz. W odbiciu okna dostrzegam, że chłodny kolor tęczówek zmienił barwę na lodowatą, morderczą.
W tym czasie pociąg się zatrzymuje. Juvia, nie czekając na nas, wychodzi zamaszystym krokiem z przedziału.
- Juvia pójdzie przodem - szepcze przez ramię szybko, zanim kompletnie nas zostawia. Słyszę, że głos jej się załamuje, ale nie jestem w stanie zawołać niebieskowłosej. Słowa więzną mi w gardle z obawy, że tylko pogorszę sytuację.
Patrzę więc błagalnie na Gray'a, który zaciska dłonie w pięści ze spuszczonym wzrokiem na podłogę.
- Chodźmy za nią - wstaje a ja robię to samo. Z prędkością światła wychodzimy tą samą drogą co Juvia. Wyczuwam bijący od niego niepokój. Również się martwię. A jeśli coś jej się stanie?

Juvia

Serce pęka na dwie części. Czuję się tak, jakby ktoś wbijał mi sztylet prosto w pierś, by pozbawić życia. Nie mogę również spokojnie oddychać. Mam wrażenie, że oberwałam w żołądek.
Już wcześniej byłam zazdrosna. Jednak tym razem to coś innego. Coś, co sprawiało, że traciłam wszelkie zmysły i chciałam zabić Shion-chan. Łaknęłam jej śmierci, gdy Gray-sama przytulił ją na pocieszenie i choć wiedziałam, dlaczego tak się stało, i tak ogarnęła mnie dzika furia. Przepływała przez żyły i pulsowała w nich boleśnie. Dlatego tak szybko opuściłam pociąg.
Idę teraz wzdłuż bazarów porozstawianych na skraju drogi pokrytej śniegiem i lodem. Zewsząd dobiegają hałasy, zgiełk rozmów i przekrzykujące się nawzajem przekupki. Biała, puszysta powłoka skrzypi pod moimi butami, które nie nadają się do tutejszych warunków. Również ubranie sprawia, że marznę i chucham co chwilę na dłonie, by je ogrzać. Wiosenna sukienka, cieńki płaszczyk i balerinki są moją zgubą. Oglądam się w nadziei, że zastanę za sobą biegnącego Gray'a. Zziajanego, spoconego i z tym swoim wkurzonym wyrazem twarzy. Na samą myśl rumieniec wykwita mi na policzkach.
Nigdy nie ukrywałam swojej miłości do niego i czasem tego żałuję. Powinnam skrywać uczucia głęboko. Tak głęboko, by nikt ich nigdy nie dojrzał. Skoro jednak zaczęłam, stwierdziłam, że niech już tak zostanie.
Wzdycham zrezygnowana, smutna i zawiedziona, gdy nie widzę znajomych twarzy tylko ciepło ubranych przechodniów. Znajdują się wśród nich matki i ojcowie z dziećmi. Żeby nie pogrążyć się bardziej, skupiam uwagę na błyszczącej w słońcu bieli.
Ostatnio naszła mnie myśl założenia rodziny. Problem w tym, że jedynym dobrym kandydatem był ktoś, kto mnie nawet nie lubi a tym bardziej kocha.
Potrząsam głową, by odegnać te myśli. Muszę się zająć ważniejszymi sprawami. Pocieram ramiona w nadziei, że to mnie ogrzeje. Nieskutecznie. Chcę już ruszyć, gdy nagle ktoś zakłada mi na ramiona kurtkę z polarem. Od razu zrobiło mi się cieplej. I ten zapach wody kolońskiej pomieszanej z wonią potu i świeżo skoszonej trawy. Serce bije mi szybciej, ciężej. Czuję na karku gorący oddech Gray'a.
- Nigdy więcej tak nie znikaj - syczy. Z wrażenia odwracam twarz w jego strone. Ku mojemu zdziwieniu, stykamy się nosami. Powietrze, które wydychamy w tym samym czasie, miesza się ze sobą w jedno. Mimo, że jest on ode mnie o wiele wyższy, i tak sięgam mu powyżej ramienia. Nie muszę się wysilać. Wystarczy jeden mały kroczek i nasze usta złączą się w pocałunku. Tak blisko...
Rumienimy się jednocześnie z zawstydzenia. Gray pierwszy się cofa. Stoję w miejscu zbyt zszokowana, by zrobić coś rozsądnego.
Shion przygląda nam się ze zdumieniem i uśmiecha się lekko.
Ciekawe, co sobie myśli w tej chwili...
- P-Przepraszam... - jąkam się.
Przykładam dłoń do piersi. Serce wciąż galopuje. Dlaczego go nie pocałowałam? Taka okazja!
- Ekhm... - odwraca wzrok. Widać, że stracił swoją pewność siebie na rzecz speszenia. - Zaprowadzę was do miejsca, gdzie kiedyś mieszkałem - i rusza przed siebie powoli, czekając, aż i my się ruszymy. Stawiam niepewne kroki i podążam za nim. Shion idzie przy moim boku z dziwnym, chytrym uśmieszkiem na twarzy. Odczuwam pewien niepokój.

Shion

W pewnym momencie zaczynam podskakiwać z przejęciem. Pierwszy raz byłam świadkiem takiej uroczej sytuacji między dorosłymi. Niezaprzeczalnie Gray i Juvia do siebie pasowali. Jedno mnie jednak zastanawiało. Dlaczego on był taki zamknięty?
W głowie układam już plan działania. Wpatruję się przy tym w szerokie, umięśnione plecy, idącego z przodu Gray'a. Zerkam kątem oka na Juvię.
- Zeswatam was. To obietnica - szepczę konspiracyjnie i sięgam po śnieg. Robię z niego kulkę i rzucam w czarnowłosego, który posyła mi przez ramie mordercze spojrzenie. W odpowiedzi wystawiam język i łapię nową przyjaciółkę za rękę. Bije od niej zdziwieniem, niepewnością. W porównaniu do niej, jestem pewna. Uda mi się.

* * *
Hah, pierwszy raz w tak krótkim odstępie czasu napisałam cokolwiek. Zasługa "Szeptem" i Patcha, tak myślę. Muszę więcej czytać, ale tak trochę LO nie pozwala...
Wiem, że rozdział krótki i właściwie nic nie wnosi. Pamiętajcie jednak, że to dopiero rozgrzewka. ^__^ Musicie dać mi czas na rozkręcenie się.
Także, do następnego~

Gruvia, Rozdział 3. - Pierwsza próba zabójstwa.

~Gray~
 
   Leżę w starym hamaku i podziwiam piękne, błękitne niebo, na którym co jakiś czas pojawiają się małe, mleczne chmury. Niby nic nadzwyczajnego, ale to mnie odpręża. Mogę zapomnieć o ostatniej akcji, o Juvii i pomyśleć, co zrobić z tą dziewczynką. Zostawić ją na pastwę losu nie wypada, bo przecież jest za młoda na mieszkanie bez dorosłych. Można przygarnąć ją do Fairy Tail, ale Mistrz przecież chciał, bym ją zabił. Na samą myśl o tym, że wbijam w jej drobne ciało sople lodu, zaczyna mi się robić niedobrze. Chcę rzygać. Niech Makarov sam się męczy i mnie w to nie miesza. Nie jestem przecież zabójcą! Obowiązkiem magów jest pomaganie słabszym. Czy takie zachowanie nie będzie przeczyło naszym ideałom? Niezliczona ilość pytań bije mi się po głowie. Dlaczego akurat padło na mnie? Co się stało Mistrzowi? Komu mogę o tym powiedzieć?
   Przede wszystkim, muszę ostrzec młodą. To pewne. Potrzebuję sprzymierzeńca, który wstawi się za mną. Juvia? Może. Ona zrobi dla mnie wszystko. Chociaż... Nie! Nie będę wykorzystywał tego, że jest mną zauroczona. To okropne. I stwarza nadzieje. Zbyt duże nadzieje, które mogą sprawić, że ją zranią, a jeszcze takim potworem nie jestem. Co robić?
- Argh~! - targam włosy. Jestem sfrustrowany. Siadam na hamaku i skupiam całą swą uwagę na tym, by nie polecieć do tyłu. Gdy materiał się uspokaja, ukrywam twarz w dłoniach. Nie, nie chcę płakać. Mam ochotę krzyczeć dopóki nie zatracę głosu. Wściekłość i niemoc ogarnia mnie z każdą chwilą, zdaję sobie sprawę, że ta sytuacja jest patowa. Nie ma sposobu, by się wymigać. Erza i reszta Gildii jest zaślepiona dobrocią Mistrza. Natsu i Lucy tuż po powrocie zgarnęli jakąś misję i przepadli w kamforę. Tak przynajmniej mówił mi Macao. Wendy... Nie, to dziecko. Dzieci nie będę mieszał w takie niebezpieczne rzeczy. Przecież narażę się dziadkowi a jego gniew wtedy będzie okrutny, zbyt potężny do zatrzymania. Tak, rozważam możliwość uratowania Shion. Głupie, prawda? Nagle zrywa się wiatr i włosy przysłaniają mi widok na to, co znajduje się przede mną. Odgarniam niesforne kosmyki włosów i spoglądam w niebo, które do tej pory biło jasnym blaskiem. Teraz jest zachmurzone. Zbiera się na deszcz. Cholera, a było tak pięknie.
- Gray! - ktoś do mnie krzyczy. Patrzę w tamtą stronę. Szybkim krokiem zbliża się do mnie niski chłopak o ciemnych włosach przypominających barwą psie gówno. Jego roześmiane oczy patrzą w moją stronę. Wyrażają miliony uczuć na minutę. Jest ubrany podobnie do Natsu. Szalik zawiązany identycznie jak on, kamizelka - rozpięta, ukazująca nieźle zapowiadający się kaloryferek - i workowate spodnie. To wszystko sprawia, że Romeo wygląda tak, jakby był jego młodszym bratem. Oby tylko nie stał się taki z charakteru. Dwojga Natsu Gildia nie uciągnie! Wzdycham.
- Co jest, młody? - no i chwile spokoju odeszły w siną dal...
- Urządzamy przyjęcie powitalne dla tej dziewczyny! Każda para rąk się przyda! - czy ten entuzjazm w głosie nie jest przesadny? Marszczę brwi.
- Mistrz pozwolił? - mówię to na tyle cicho, że chłopak tylko mógł to usłyszeć. Mam wrażenie, że ktoś nas obserwuje. Widzę, jak Romeo mruga ze zdziwieniem. Szczerzy do mnie ząbki.
- Dziadunio nawet nie wie! To tata wyskoczył z tym pomysłem! No chodź! - łapie mnie za rękę i pociąga. Staję na równe nogi. Przy mnie, on wygląda na krasnala. Blednę. Niedobrze, bardzo niedobrze. Młody znowu otwiera usta. - Juvia zabrała ją na zakupy, więc do wieczora im zejdzie. Nie musimy się martwić, że nagle wejdą i niespodzianka pójdzie się pierniczyć! - zastanawiam się chwilę nad tym, co powiedział. Bije od niego przesadnym entuzjazmem i mam ogromną ochotę go zgasić. Nie wszystko może być tak kolorowe jak myśli. Zdecydowanie nie podoba mi się pomysł z tą całą imprezą. Tylko bardziej się narażamy. Jak jednak sprawić, by nagle większość Gildii zmieniła zdanie? Przygryzam wargę w zamyśleniu i niechcący miażdżę dłoń Romeo, którą do tej pory trzymał w mocnym uścisku. Na jego twarzy maluje się grymas bólu, który stara się przysłonić lekkim uśmiechem i błagalnym spojrzeniem.
- Proszę, Gray... - szepcze i pociąga mnie do przodu. Napieram nogami na ziemię i po chwili młody może tylko nieudolnie próbować zaciągnąć mnie do reszty.
- Wybacz, chłopie - kładę mu dłoń na głowie i mierzwię ciemną czuprynę psując w ten sposób cały efekt, jaki osiągnął rano podczas układania włosów. Uśmiecham się półgębkiem, gdy czerwienieje ze złości po tym, co zrobiłem. Ukrywam co raz to szerszy uśmieszek w ramieniu. Nie chcę się z niego nabijać, ale wygląda naprawdę zabawnie, gdy się denerwuje o własny wygląd. Jakby to było coś najważniejszego choć to wcale nie tak. Odwracam się na pięcie z ciężkim sercem i sporymi wyrzutami sumienia na barkach. Zerkam na Romeo przez ramię.
- Mam coś innego do zrobienia - i nie czekając na odpowiedź czy też jakąkolwiek reakcję, odchodzę szybko w stronę miasta, by poszukać dziewczyn. Powątpiewam w to, że Mistrz zlecił tylko mnie to zadanie. Musi być ktoś jeszcze. Ktoś mniej buntowniczy i mający w tym momencie podobne poglądy. A od początku przecież nie zgadzał się z nami... Gajeel. Blednę i przyspieszam kroku. Cholera, cholera, cholera!

~Shion~

Zagryzam wargę zmieszana, gdy Juvia otwiera przede mną drzwi salonu fryzjerskiego. Lubię swoje włosy i nigdy nie pomyślałabym o tym, by podciąć chociażby końcówki. Zdecydowanie podobają mi się takie, jakie są teraz.
- J-Juvia-san, czy to aby na pewno konieczne? - szepczę zrozpaczona.
Z wewnątrz wpatrują się we mnie dwie pary oczu. Jedna jest koloru bezchmurnego, letniego nieba a druga - biała niczym świeżo napadany śnieg. Dwoje szeroko uśmiechniętych ludzi zaprasza mnie do środka, ale nie potrafię zrobić kroku w przód. Czuję na plecach drobną dłoń Juvii i jej gorący oddech na karku. Drżę.
- Ależ oczywiście! Shion-chan musi się podobać chłopcom w swoim wieku! Oczywiście, nie może być na tyle piękna, by Panicz Gray się nią zachwycał! - te słowa drażnią moje bębenki. Wyczuwam groźbę w tonie jej głosu i już wiem, że startowanie do Gray'a źle się dla mnie skończy. W sumie, to ona sama podsunęła mi pomysł spojrzenia na niego w ten sposób. Wzdycham zrezygnowana.
- Dobrze - odpowiadam powoli wymawiając każdą sylabę bardzo dokładnie. Nie chcę, żeby między nami wystąpiły kłótnie o chłopaka. Mam wrażenie, że możemy zostać dobrymi przyjaciółkami.
   Przekraczam niechętnie próg salonu i wymuszam uśmiech. Pracownicy zapraszają mnie żywo gestykulując przy tym rękoma. Jedno z nich uderza mnie niechcący w twarz. Przygryzam wargę nerwowo i zerkam na Juvię kątem oka. Wygląda na zadowoloną. Może nawet aż za bardzo.
- Co tak sterczysz? - popycha mnie, bym weszła głębiej. Zanim zdążę choćby zareagować, właściciele biorą mnie za ręce i prowadzą do czerwonego fotela ustawionego przed dużym lustrem. Na półce ustawiono przeróżne odżywki, położono suszarkę i niezliczoną ilość grzebieni o różnych wielkościach. Obok mojego stanowiska znajduje się jeszcze kilka ustawionych w jednym rzędzie. Na siedzeniu po mojej prawej stronie już ktoś jest. Strzyże go jeden z pracowników. Gdy próbuje się przyjrzeć tej osobie, on posyła mi mordercze spojrzenie swych małych oczu. Jest straszny. Czarnowłosy facet sprawia, że po plecach przechodzą mi ciarki i oglądam się na Juvię, by ubłagać ją wzrokiem o wyjście stąd. Gdy jednak spoglądam w stronę kanap ustawionych po przeciwnej stronie lokalu, jej tam nie ma. Zapewne została na zewnątrz.
Przełykam powoli ślinę. Zaczynam się bać. Mam wrażenie, że ten mężczyzna chce mi zrobić krzywdę. Zasiadam jednak w fotelu i staram się ukryć drżenie rąk, gdy zakładają mi coś w stylu śliniaka. Zerkam jeszcze raz kątem oka na obcego. Przygląda mi się w lustrze z niezmiennym wyrazem twarzy.
Zamykam oczy i próbuję się rozluźnić. Szybko skrócą mi włosy i będzie po wszystkim. Nie mam się czego bać...

~Gray~

   Pędzę na złamanie karku. Ignoruję nawet ból w piersi, gdy brak mi oddechu. Najważniejszym jest, by je odnaleźć zanim stanie się coś złego. Juvia jako pojedyncza jednostka z Gajeelem nie ma szans i nie obroni Shion. Ale gdybyśmy zajęli się nim razem, to jest nadzieja, że wyjdziemy z tego cało. Ale pytanie brzmi: Gdzie one, do cholery, się podziały?! Przebiegłem już chyba połowę Magnolii i nic. Żadnych rezultatów. Sprawdziłem każdy sklep. Gówno.
   Mimo, że moje trybiki pracują na zwiększonych obrotach, po prostu nie mam pojęcia, gdzie ta kobieta mogła zabrać dziecko. Dlaczego Juvia nie lata za mną wtedy, gdy potrzeba?! Nadzieja opuszcza powoli moje ciało a jej miejsce zajmuje czysta rezygnacja. W moje myśli zakrada się jedna myśl: Już za późno, po co się pocisz? Po co się męczysz? Zatrzymuję się na środku ulicy pośród tłumu przechodniów. Ktoś zaczyna mnie wyzywać od najgorszych, ale dźwięki docierają do mnie jak zza grubej ściany. Zaciskam dłonie w pięści. Mam ochotę coś rozpieprzyć w drobny mak. A mogły mi coś powiedzieć!
- ...sama! - słyszę czyjeś wołanie, ale ignoruję je święcie przekonany, że to nie o mnie chodzi. Obracam się na pięcie, by zawrócić do Gildii i nawtykać Mistrzowi, gdy ktoś uczepia się mojego ramienia. Do mojego nosa dociera zapach oceanu pomieszanego ze słodkimi perfumami. Zerkam za siebie i pierwsze co ukazuje się moim oczom, to krótkie, niebieskie włosy muskające mój policzek.
- Gray-sama! Juvia cię wołała! - posyła w moją stronę ten typowy uśmiech. Co dziwne, jej wzrok nie jest szalony tak, jak zazwyczaj gdy mnie widzi. Dostrzegam tam jedynie ekscytację. Odwracam od jej twarzy zawstydzone spojrzenie. Cholera, jeszcze zacznie mi się podobać...
   Pociąga mnie w stronę salonu fryzjerskiego a ja jestem tak zszokowany, że nie protestuję.
- Juvia zabrała Shion-chan do fryzjera! Gray-sama chce zobaczyć efekty? - blednę. Nie. Nie nie nie nie!
- I zostawiłaś ją tam samą?! - Juvia wydaje się speszona, niepewna. Nic dziwnego. Przecież znowu na nią krzyczę. Wzdycham. - Wybacz... Muszę ci coś powiedzieć - i opowiadam jej o całej rozmowie z Makarovem. Na początku przez jej twarz przebiega zdziwienie, następnie czysta nienawiść. Widzę, jak zaciska dłonie w pięści. Postura dziewczyny powoli rozmywa mi się przed oczyma. Kładę jej dłoń na ramieniu.
- Też jestem wściekły, wręcz wkurwiony - uśmiecham się smutno. - Zabierzmy ją stamtąd. Natychmiast - patrzymy sobie w oczy, gdy z salonu fryzjerskiego docierają do nas wybuch i krzyki. Drzwi otwierają się na oścież i wypada z nich przestraszona Shion z krwawiącą głową. Od razu chowa się za nami.
- Młoda? - oglądam się na jej przerażoną twarz. Przytula się do mnie mocno. Chyba ukrywa łzy. Moje źrenice się zwężają, ogarnia mnie dzika furia, którą staram się pohamować. I tak nie mam szans z Gajeelem. Skoro nie pokonałem Natsu, to walka z tamtym nie ma sensu. Biorę Shion na ręce i zwracam się od razu do Juvii.
- Uciekamy z Magnolii. Wszystko wytłumaczę ci później... - widzę wyraz zdumienia malujący się na jej buzi. Nie obchodzi mnie to jednak i ruszam szybko w stronę stacji. Całe szczęście, że zawsze noszę przy sobie całą kasę... Ona idzie za mną posłusznie choć miałem cichą nadzieję, że zostanie i nie będzie się narażać. Cóż, nadzieja matką głupich.
   Przyspieszam kroku i po chwili biegniemy na złamanie karku, byleby Smoczy Zabójca nas nie dopadł. W tym czasie dziewczynka zasypia mi w ramionach. Czuję jej gorący oddech na szyi i krew powoli spływającą mi za koszulkę. Będę ją chronił. Choćbym miał odejść z Gildii, poświęcę swoje życie, by nie dorwali Shion.

* * *

Nareszcie coś tu napisałam... Brak czasu, możliwości. Z dostępem do kompa krucho. Mam jednak nadzieję, że ktoś tu jeszcze zagląda i chce czytać moje bazgroły ;w;


piątek, 7 lutego 2014

LEMoniada - opowiadanie na konkurs


 Nieprzeczuwający, że wkrótce zdarzy się coś dziwnego Christian leżał sobie na kanapie i przerzucał kanały w telewizji naciskając tylko jeden guzik na pilocie. Od czasu do czasu zmieniał tylko trochę pozycję, by któraś część ciała przypadkiem nie zdrętwiała. Nie przestawał przy tym patrzeć znudzonym wzrokiem na obrazy przelatujące w tym sporawym pudełku. Zdążył wcześniej posprzątać całe mieszkanie, zmyć naczynia i wyprowadzić psa sąsiadki. Za tę ostatnią czynność otrzymał spore wynagrodzenie. 
  Gdy znudziło mu się bezczynne leżenie, wstał i podszedł do okna. Westchnął cicho, odchylił nieznacznie zasłony, po czym wyjrzał na zewnątrz. Żywej duszy tam nie znalazł, więc wrócił na dotychczasowe miejsce i zaczął patrzeć w biały jak śnieg sufit.
- Co by tu zrobić? - mruknął do siebie pod nosem i zasłonił oczy dłonią. Chłopak nie był osobą lubiącą leniuchować. Myślał więc intensywnie nad znalezieniem sobie zajęcia, marszcząc przy tym brwi. Między nimi powstała malutka zmarszczka. Jak na zawołanie zadzwonił telefon leżący obok kanapy. Zerwał się do siadu i sięgnął po niego, zapominając o spojrzeniu na ekranik.
- Tak?
- No cześć! - Christian automatycznie stracił cały entuzjazm i chęć robienia czegokolwiek, gdy tylko usłyszał głos Dina – swojego najlepszego przyjaciela – po drugiej stronie. Osunął się po oparciu i potarł noc dwoma palcami.
- Co się znowu stało? - zapytał się zrezygnowanym tonem. Wzniósł oczy ku górze, bo już się domyślał, co takiego chciał od niego.
- Przychodź jak najszybciej! Mam ci coś do pokazania! - nie minęło pięć sekund, a rozmowa została zakończona. Biedny Christian nie miał nawet okazji, by w jakiś sposób zaprotestować. Położył telefon obok siebie. Nie miał wyboru. Trzeba się ubrać, pójść tam i załamywać się kolejnym nieudanym wynalazkiem. Wstał z ociąganiem, ubrał buty, zarzucił bluzę z kapturem na ramiona i spokojnym krokiem ruszył do domu przyjaciela. Obserwował po drodze liście powoli opadające na ziemię, wsłuchiwał się w śpiew ptaków i cieszył się ostatnimi chwilami spokoju. Gdy stanął przed drzwiami mieszkania o ścianach koloru przypominającego niezapominajki, wziął głęboki oddech, po czym położył dłoń na klamce. 3... 2... 1... Wszedł do środka. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to coś przypominającego robota. Został on ustawiony na środku salonu. Przekonany, że nic z tego nie wyjdzie, powiedział:
- To nie zadziała - patrzył się ze zgrozą na stojącą przed nim maszynę przypominającą człowieka. Dla niego były to tylko nic nie warte, poskręcane śrubami metalowe blachy przeznaczone na recykling, ale jego przyjaciel - konstruktor maszyny - uważał inaczej. Widział w tym idealnego robota. A co najgorsze... - Stary, mówię ci, będą z tego powodu kłopoty! Poza tym skąd wiesz, że twojej mamie to się spodoba?! - wskazał przy tym ręką na wspomnianą rzecz. Miał zamiar dać to osobie, która go wychowała na urodziny! Czymże ona sobie na to zasłużyła?
- Już go sprawdzałem! - odrzekł z dumą w głosie. - Działa bez zarzutu. Wszystkie usterki usunąłem. A której zapracowanej dorosłej kobiecie nie przyda się taki pomocnik w domu? - zerknął kątem oka na przyjaciela. - Nie bój się tak, Christian! - uderzył go otwartą dłonią w plecy w geście pokrzepienia. Ten, zamiast okazać jakikolwiek entuzjazm, przejechał palcami po twarzy.
- Pamiętasz ostatnią akcję z lalką dla mojej kuzynki? - wycedził przez zaciśnięte zęby.
Chłopak pokiwał głową.
- Sisi to był zwykły niewypał...
- NIEWYPAŁ?! - spojrzał się na niego spode łba. Krew powoli zalewała Christiana. - Tym "zwykłym niewypałem" nazywasz lalkę zdolną do wysadzenia dużego domku jednorodzinnego?! Przypominam ci, że dorobiłeś do jej asortymentu prawdziwe strzelby. O mało nie zabiła mi rodziców! - zrobił tu chwilę przerwy na oddech. Odliczał nawet do dziesięciu, by opanować rozdrażnienie, ale nie wyszło mu to najlepiej. Za to stojący obok niego przyjaciel przybrał obronną minę zbitego psiaka i maślanymi oczkami próbował jakoś załagodzić sytuację.
- Dino, ja wychodzę! Nie przyłożę do tego ręki! - obrócił się na pięcie i skierował w stronę wyjścia. Miał co do tego wynalazku złe przeczucia.
- C-Christian!! - złapał go za rękę i pociągnął w swoją stronę. - Dajże spokój! Od tamtego wydarzenia minęło pół roku. Poprawiłem się!
- Jakoś ci nie wierzę - wyszarpnął się z lekkim trudem z uścisku i zrobił krok w kierunku drzwi. Obejrzał się przy tym za siebie i po raz kolejny zlustrował spojrzeniem to coś. Skutecznie unikał jednak zawiedzionej pary czekoladowych tęczówek. Obawiał się, że nagle zaczną go dręczyć wyrzuty sumienia.
- Jak go nazwałeś? - Dino znany był z tego, że każdej lalce, którą stworzył, nadawał imiona, bo jego zdaniem wszystkie przedmioty podobne do człowieka powinien mieć identyczne prawa. Christian zawsze się z tego wyśmiewał, ale do tej pory próbował wytłumaczyć przyjacielowi, że to nie żyje, nie oddycha i nie myśli, tylko posiada wbudowany przez niego samego procesor odpowiedzialny za wszystkie funkcje. Dino jednak nie był zbyt bystry i nie docierały do niego słowa przyjaciela.
Zapytany uniósł wysoko brwi.
- Wyrosłem z tego.
- Zaraz, zaraz! Zmieniłeś swoje poglądy?! - odwrócił się szybko twarzą w jego stronę. Aż trudno mu było uwierzyć w coś tak niedorzecznego. Najwidoczniej nie znał aż tak dobrze młodego konstruktora.
- Już dawno. Dzięki, że we mnie wierzyłeś przez cały czas - wywrócił przy tym oczami i zaczął grzebać przy przełącznikach. Co chwilę dochodziły do Christiana ciche piknięcia. Znowu zaczęła w nim rosnąć obawa, że wydarzy się coś złego od tego wiecznego poprawiania.
- Nie ma za co - odpowiedział lekko zmieszany. Postanowił jednak zostać i dotrzymać przyjacielowi towarzystwa. Ostatnie, czego mu teraz brakowało do szczęścia, to obrażonego Dino. Podszedł więc bliżej i patrząc mu przez ramię, przyglądał się zręcznym palcom poruszającym się od pokrętła do pokrętła i wciskającym odpowiednie guziki. Przyjrzał się również twarzy zapracowanego chłopaka. Spodziewał się ujrzenia malutkich zmarszczek w kącikach oczu bądź między brwiami. Niczego takiego jednak nie dostrzegł.
- Skończyłem! - przeciągnął się i ziewnął przy okazji. Christian cofnął się o krok, by nie nadziać się na łokieć Dina. Istniało takie ryzyko, bo był on dużo niższy od konstruktora. - No to bierzemy się do roboty! - zatarł dłonie i przytrzymał palec przez kilka sekund na włączniku.
Po chwili do uszu obu chłopców dotarły ciche szumy, postukiwania i skrzypienie lekko zardzewiałych stawów robota. Może nie poruszał się on tak zwinnie i płynnie jak ludzie, ale niewątpliwie zaliczał się do tych dobrze funkcjonujących maszyn zrobionych przez amatorów. Trudno było osiągnąć taki efekt nawet najlepszym.
Christian rozwarł usta w niemym zdziwieniu. Mógłby się nawet tym zachwycić, gdyby nie to, że przez cały czas intuicja mówiła mu najgorsze: Zaraz coś się wydarzy, uciekaj stąd! Chłopak gwizdnął przeciągle.
- No dobra, chodzić potrafi, ale co z resztą? Istnieje coś takiego jak gotowanie, sprzątanie, pranie, odkurzanie i wiele innych prac domowych - Dino zakrył mu dłonią usta, nim zdążył wymówić ostatnią sylabę. Dłonie mu drżały, a źrenice stały się większe pod wpływem adrenaliny.
- Ten tam - wskazał głową na maszynę - Rozumie nas doskonale, ale ma jedną wadę. Ulega przegrzaniu, gdy usłyszy za dużo czynności do wykonania. Rozpoznaje zadania między wierszami i chce je natychmiast wykonać - wziął głęboki oddech. - Obawiam się, że jest już jednak za późno i czekają na nas niemałe kłopoty - rzekł z powagą.
Jak na zawołanie z kontrolki umieszczonej na plecach zaczął wydobywać się dym. Śmierdziało spalenizną. Christian wskazał palcem na robota.
- Czy chcesz mi powiedzieć, że właśnie w tej chwili ten blachogłowy grozi, no nie wiem, wybuchem?!
- Co najmniej - chwycił oniemiałego przyjaciela pod ramię. - Lepiej stąd wyjdźmy.
Tuż po tych słowach nad ich głowami przeleciały ostre jak brzytwa noże i z cichym stukotem wbiły się w ścianę, na której były umieszczone drzwi. Z czystym przerażeniem w oczach obejrzeli się na robota. Był on zwrócony do nich tą częścią głowy, gdzie powinna znajdować się twarz.
- No to chyba nie opuścimy tego miejsca zbyt łatwo.
- Może nawet wcale nam się to nie uda - Dino jeszcze bardziej pogrążył niższego kolegę.
- Co?! - uchylili się przed kolejnym atakiem. Tym razem w ich stronę poleciały widelce. Zajęły należne im miejsca obok noży. Patrzyli, jak stojące im naprzeciw zagrożenie wygrzebuje z szafki malutki odkurzacz i bierze powoli zamach, by następnie cisnąć nim w zszokowanych nastolatków. Schowali się więc czym prędzej za kanapę stojącą niedaleko. - I co teraz, geniuszu?
- Trzeba go wyłączyć - wyjrzał na chwilę zza krawędzi mebla i zmarszczył brwi. Poruszając się bardzo powoli, maszyna zbliżyła się do kominka i teraz uderzyła pięścią w cegły. Rozległ się przerażający huk metalu niszczącego jedną z ozdób mieszkania. Materiał posypał się na podłogę a z pięści, nawet z tak dużej odległości, można było dostrzec ulatującą się parę. - Chyba uszkodził sobie jeden ze stawów.
- To dobrze czy źle?
Dino wzruszył ramionami.
- Z naszej perspektywy nie robi to żadnej różnicy. I tak jesteśmy w nie lada kłopotach - schował się z powrotem za oparciem. Łup, łup, łup. Robot chyba zauważył chłopaka, gdy ten nieuważnie znowu się ukrył i teraz niespiesznie zbliżał się w ich stronę.
- Wyłącz go, matole!
- To poczekaj tu w takim razie! - wyższy z nich wyskoczył zza kanapy wydając z siebie nieartykułowany okrzyk. Christian siedział cały czas w tym samym miejscu z podkulonymi kolanami pod brodę i modlił się do Boga o przetrwanie tego horroru. On wiedział, że tak to się skończy. Dlaczego wcześniej się stąd nie wyniósł, gdy nadarzyła się okazja?! Do jego uszu docierały dźwięki wydawane przez przyjaciela próbującego ujarzmić potwora. Wyobrażał sobie najgorsze rzeczy. Oczyma wyobraźni widział rozpłaszczonego na ścianie chłopaka, jego krew zdobiącą pobliskie meble i ozdoby oraz stojącego nad nim kata.
Był tak zajęty własnymi wyobrażeniami, że nie spostrzegł, gdy wszystko się skończyło szybciej niż zaczęło. Cień przysłonił jego drobną postać i po chwili patrzył na uśmiechniętą twarz przyjaciela. - I po wszystkim.
W tym momencie drzwi otworzyły się na oścież i do środka weszła mama Dina.
- A co tu się stało?! - krzyknęła, nie umiejąc ukryć zdenerwowania.
Wnętrze nie wyglądało najlepiej. Wszędzie leżał gruz, potłuczone talerze, figurki, wazony, pogięte sztućce. Nawet jedna ściana została osmolona. Pośrodku tego całego chaosu stał samotny robot. Głowa zwisała mu bezwładnie. Reszta ciała wyglądała tak, jakby zastygła nagle w ruchu. Jedynym ocalałym przedmiotem była kanapa.
- Cześć mamo! - Dino pokazał swoje ząbki. Próbował pewnie uspokoić jakoś zdenerwowaną kobietę.
- Żadne "cześć". Jak wrócę z kawiarni, to chcę widzieć tu porządek! - Christian dostrzegł na jej skroni niebezpiecznie pulsującą żyłkę.
Trzasnęła drzwiami. Niefortunnie wyleciały one z zawiasów i nie minęła sekunda, gdy do chłopców dotarł cichy okrzyk. Christian wstał i otrzepał spodnie z pyłu. Przyglądnął się przy tym szkodom.
- Wiesz, chyba się nie wyrobimy...
- I właśnie dlatego proponuję odwrót!
Obaj jak na zawołanie pobiegli w stronę tylnych drzwi prowadzących do ogrodu i zostawili za sobą ten cały bałagan oraz robota. W tym czasie żelazne palce poruszyły się nieznacznie i maszyna z powrotem ożyła.
- D I N O... - mechaniczny głos rozbrzmiał w zrujnowanym mieszkaniu i z ociąganiem ruszyła za chłopakami.


* * *
KONIEC
Nie wiem, czy was to satysfakcjonuje, ale macie kolejne opowiadanie z konkursu. Namęczyłam się przy nim ;_; Jest mi on obojętny ;-; Hm... Co byście powiedzieli na to, by zaczęła pisać w formie dramatu? Chciałabym wypróbować coś takiego, bo pani powiedziała, że mi to świetnie wyjdzie >////< 







 

niedziela, 19 stycznia 2014

Opowiadanie - Rozdział 6.

- Co chciałeś mi pokazać? - staliśmy teraz na dachu szpitala. Nie spodziewałam się, że zabierze mnie w to miejsce. Gdyby nie fakt, że jestem w takim stanie umysłu i serca, jak teraz, najprawdopodobniej zaczęłabym zadawać pytania typu: Czemu akurat tutaj?
Niestety aktualnie rozsypuję się na milion kawałków. Ja, moje uczucia i psychika. Nic mi już nie pomoże. No chyba, że Sakura mi wybaczy choć w to wątpię. Uderzenie w twarz to jest poniżenie czyjejś godności. Tego nie można usprawiedliwić. Właściwie, to jakim cudem ja stałam na nogach?
Patrzyłam, jak Mikołaj podchodzi do barierki i opiera na niej swoje ręce. Nie uszło mi również to, że lustrował zawzięcie niebo w poszukiwaniu czegoś, o czym ja nie miała zielonego pojęcia. I znowu poczułam tą wszechogarniającą wściekłość. Od zazdrości nie cierpiałam bardziej, gdy coś było przede mną ukrywane. Wtedy to mogłam pozbawić kogoś nawet płodności. I nie mówię tu tylko o chłopcach. Kobiet też to się tyczy. Zacisnęłam dłonie w pięści.
- Podejdź tu - jego ton głosu - w ogóle barwa - sprawiła, że zaczęłam się grubo zastanawiać, czy to aby na pewno dobry pomysł. Coś mi tu śmierdziało i to bardzo... Jakiś cichy alarm uruchomił się w moim mózgu ostrzegając, że to może się źle skończyć. Czekajcie, co ja wygaduje?! Przecież to Mikołaj, mój najlepszy przyjaciel od urodzenia! Nic mi przecież nie zrobi! Och, jak bardzo się myliłam.
Podeszłam niepewnie do niego z ciężko bijącym sercem. Każda komórka mego ciała szeptała, bym zawróciła. Ja oczywiście nigdy nie słuchałam się intuicji.
- Coś się stało? - stanęłam obok niego i nim się obejrzałam, już ściskał place na mojej koszulce i przerzucał mnie przez barierkę. Źrenice rozszerzyły mi się w niemym zdumieniu i adrenalina uderzyła do mózgu. Chciałam się szarpać, ale wisiałam kilkanaście metrów nad ziemią i mogło to się skończyć upadkiem i śmiercią. A przecież ja nie miałam ochoty jeszcze opuszczać świata żywych. Próbowałam otworzyć usta, lecz strach zawiązał mi wargi. Utraciłam możliwość krzyczenia o pomoc. Zginę tu, bo mojego przyjaciela coś opętało.
Widziałam jak jego mięśnie naprężają się pod moim ciężarem. Normalny człowiek nie wytrzyma tak długo. Pozostało mi tylko patrzenie na niego błagalnie. Drugą wolną ręką odgarnął mi włosy z twarzy i przyłożył palce do miejsca, gdzie miała się znajdować blizna, o której wcześniej mówił.
- Amnezja... - dziwne... Do jego oczu napłynęły łzy. Wydawał się czymś bardzo poruszony.
- Hę? - kompletnie nie rozumiałam o czym on pieprzy. Jeszcze większy mętlik powstał w mojej głowie i powoli gubiłam się we wszystkim. - M-Mikołaj, puść mnie - zostałam zignorowana. On wlepiał we mnie maślany wzrok i rozluźnił uścisk.
- Myślałem, że nie żyjesz. Heichou mówił, że umarłaś w jego ramionach... - jeszcze bardziej rozluźnił uścisk.
- Zwariowałeś?! Mikołaj, puść mnie! Jaka Amnezja, o czym ty mówisz?! - zaczerpnęłam powietrza w usta. - To ja, Ilona! MIKOŁAJ! - coś w jego oczach zamigotało.
- Jeśli jesteś Amnezją to przeżyjesz ten upadek - warknął i mnie puścił. Na chwilę zawisłam w powietrzu, by później pędzić ku ziemi z zawrotną prędkością. Słychać było tylko mój cichy krzyk. Nawet wiatr nie śmiał się odezwać. Spadałam ku betonowi w nienaturalnej atmosferze. Jakby cały świat się zatrzymał. Przed oczami przeleciało mi całe moje krótkie życie. Zdążyłam zaledwie raz pójść na lekcje w liceum. Co za pech. Nigdy nie miałam chłopaka ani prawdziwych przyjaciół. Niefortunnie. Samotność doskwierała mi na każdym kroku. Nawet ci, których darzyłam jakimś specjalnym uczuciem, porzucili mnie w ostatniej chwili. Mikołaj to zabójca z piekła rodem, Sakura zazdrosny sukinsyn, Irina zwykła suka, a rodzice się mną nie interesowali. Gdybym miała choć chwilkę czasu, na pewno zastanowiłabym się głębiej nad własną osobą, ale nie było kiedy. Te kilka sekund, które były mi przeznaczone, minęły jak z bicza strzelił. Ale upadek nie nastąpił. Nie słyszałam trzasku pękających kości. Po prostu leciałam dalej, tym razem wolniej. Nie wiedziałam też, że tak mocno ściskam palce na tyle głowy. Standardowa reakcja. Głupia ja pewnie myślała, że to mnie uratuje. Stanęłam w powietrzu.
Nigdy nikt mi nie uwierzy w to, co wtedy zobaczyłam. Zniknęła szkoła, drzewa a w ich miejsce weszła różowa barwa. Znajdowała się wszędzie i emitowała jasne światło, które mnie oślepiało. Gdy spojrzałam w górę, było to samo. Co innego działo się na dole. Tam jarzyło się coś ogromnego. Wielka żarówka? A może lampa? Nie, to ogień! Tak naprawdę to żadna z wyżej wymienionych rzeczy. Świeczki, dużo świeczek. Ujrzałam je dopiero, gdy moje buty stuknęły o białą posadzkę wyłożoną płytkami. Sprawiały, że od gorąca, które wytwarzały, pot spływał po moich plecach i brzuchu. Każda kropla wody w moim ciele gotowała się od tej temperatury. Do tej pory myślałam, że jest to bardzo realistyczny sen. Zemdlałam podczas lotu i teraz leżę na zimnym chodniku, a w okół mojego truchła rozlewa się krew tworząc przy tym ogromną kałużę. Dopuszczałam nawet do siebie opcję, że właśnie teraz spotkam się z aniołem, który mi powie, iż nie trafię do nieba, lecz czeka mnie życie w piekle. Taki los przecież spotykał niewiernych. I niczego innego nie oczekiwałam. Nigdy przed nikim nie ukrywałam faktu, że jestem niewierzącą. Moje podejście do świata nie pozwalało mi na ujrzenie tego, co boskie.
A jednak to nie było to. Wszystko wydawało się zbyt realne. Przyglądałam się każdemu szczegółowi z uwagą na wszelki wypadek, by niczego nie pominąć. Nawet sprawdzałam, czy dłoń przypadkiem nie przechodzi przez świeczki. Właśnie w ten sposób wywróciłam jedną i wokół rozniosło się echo opadanego przedmiotu. Odskoczyłam jak oparzona.
- Ładnie to tak psuć wystrój, Ilonko? - odwróciłam się szybko w stronę miejsca, z którego nadszedł głos. I kogo zobaczyłam?
- Mikołaj - zacisnęłam mocno dłonie w pięści i spiorunowałam go wzrokiem. Już otwierałam usta, by go opierdolić, ale uprzedził mnie.
- Żadnych pytań - przykleił sobie ten uroczy uśmieszek. - Jesteś postawiona w sytuacji bez wyjścia, zdana na moją dobrą wolę. Czyli mogę ci wytłumaczyć lub nie.
- Nie musisz mówić do mnie  jak do głupiej blondynki - warknęłam.
- Och, serio? - przechylił głowę w prawo. - Bo nie wyglądasz na mądrą osobę. Twoje myśli też nie są za bystre. Tak, dokładnie. Wiem, co chcesz powiedzieć, co ci teraz chodzi po tej pustej głowie - wyszczerzył tu ząbki i rozłożył ręce na boki. Wyglądał przy tym jak bóstwo.
On mnie zabije...
- Nie zabiję cię. Nie mam ku temu powodów - podskoczyłam w miejscu. On naprawdę wiedział o wszystkim, co się działo w moim mózgu. Przełknęłam ślinę przerażona. Maślany wzrok odpadał, więc co mogłam zrobić? - Zastanawiam się, czy warto cię we wszystko wtajemniczyć, ale skoro twoje ciało zaczęło się mieszać z ciałem Amnezji to nie mam za bardzo wyboru - pstryknął palcami i przede mną pojawił się wysoki mężczyzna o ciemnych włosach i takich samych oczach. Był ubrany w czarne spodnie i bezrękawnik w podobnym kolorze. Tam, gdzie powinny być rękawy kurtki, wystawały pobrudzone krwią bandaże. Buty na wysokiej podeszwie dodawały mu kilku centymetrów wzrostu.
  Starałam się nie patrzeć na niego. Gdybym spojrzała i zaczęła się przyglądać każdemu szczegółowi na pewno nie potrafiłabym przestać. Tajemniczość otaczała go z każdej strony. Aż trudno mi teraz uwierzyć, że to mój przyjaciel. Posiadał tą niesamowitą aurę niebezpiecznego człowieka, która przyciągała kobiet. - Ho... A byłem święcie przekonany, że zaraz usłyszę nawałnicę pytań: Jak? Czemu? Kim ty właściwie jesteś? - idealnie naśladował ton mojego głosu. Nie byłam świadoma tego, jak bardzo był uzdolniony pod takimi względami. Zacisnęłam mocno zęby i łypnęłam na Mikołaja spod byka. Dostrzegłam wtedy u niego dziwny błysk w oku.
- Jedyne o czym teraz marze, to wpierdolenie ci tak, że rodzona matka cię nie pozna - zaśmiał się gorzko.
- Moja matka nie żyje od kilku lat. Sam ją zabiłem - zrobiłam krok do tyłu. Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszałam. On z a b i ł? Zabrzmiało to bardzo nienaturalnie. A może właśnie teraz ukazywała mi się ciemna strona Mikołaja?
- To troll, prawda? Robisz sobie żarty! - zaczął bić brawa i wybuchnął śmiechem. Ja tylko stałam i się gapiłam jak głupia. On... przez cały czas grał? Zazgrzytałam zębami.
- Brawo, Ilonko - na twarzy wykwitł mu ten śliczny uśmieszek a w oczach znowu pojawiły się ogniki wesołości. Podszedł do mnie spokojnie i objął w talii. Nim zdążyłam zareagować, dotknął ustami moich warg i pogłaskał po policzku. Byłam tak zszokowana, że nie dałam rady poruszyć nogami i rękoma, by odepchnąć go od siebie. Tak właściwie to nie chciałam, by odchodził. Co z tego, że miał dziewczynę? Liczyło się tu i teraz. Jaką ja wtedy byłam egoistką... Uspokoiłam galopujące serce i stałam tak w miejscu nie pochylając w żadną ze stron. Nawet nie wiecie jak dobrze postąpiłam.
   Mikołaj zniknął po chwili. Po prostu rozmył się jak para wodna. I gdzie się znalazł? Za mną, a jak! Nachylił się do ucha i szepnął: - Zachowaj spokój, mamy gościa.
- Widzę, że świetnie się beze mnie bawicie - ktoś mi powie, co tu robił Sakura?! Pojawił się znikąd tak samo jak mój dotychczasowy towarzysz. Zaczynałam się powoli denerwować tym wszystkim. Może by mi łaskawie wytłumaczyli o co w tym wszystkim chodzi?
- Zapomniałeś, że masz dziewczynę, Sakura?
- A ty? - tu różowowłosy uniósł wysoko brew. Mikołaj prychnął i przygarnął mnie do siebie. Traktował mnie jak marionetkę... Czyżby naprawdę liczył na wpierdol?
- Ale ja tylko przytulam Ilo... - jak to jest, że nie zauważyli jak bardzo trzęsłam się ze wściekłości? Czułam się ignorowana. Żeby zwrócić na siebie uwagę zwyczajnie, od niechcenia, uderzyłam pana M. Pod brodą. Coś chrupnęło (mam nadzieję, że to nie moje kości) i chłopak zatoczył się do tyłu z cichym jęknięciem. - Oszalałaś, kobieto?! - Sakura stał jedynie z otwartymi ustami.
- Zamiast prowadzić tą durną konwersację moglibyście mnie stąd łaskawie wyprowadzić - warknęłam i spiorunowałam każdego z nich wzrokiem. Wyższy z nich musnął palcami moją dłoń. Odwróciłam się twarzą do Sakury z lekkim zdziwieniem wymalowanym w oczach.
- Jeśli nie wybuchniesz tak jak chwilę temu, to jasne - nadal miał to zamglone spojrzenie. Wyglądał na osobę, która wiecznie się czymś martwiła a to do niego nie było podobne.
- Zgoda - mruknęłam pod nosem i pokręciłam chwilę nadgarstkiem. Na całe szczęście nic mi się nie stało. Czyli przestawiłam Mikołajowi szczękę?
- Ała! Za co?!
- Za to, że żyjesz - wyszczerzyłam ząbki.
- No dzięki... - zostałam pociągnięta za rękę.
- Nie mamy czasu na pogaduszki - chciałam powiedzieć, że czas zawsze się znajdzie, ale coś w głowie mi krzyczało, by dać sobie spokój. Pozostało mi tylko myślenie nad tym, gdzie oni mnie ciągną.
 * * *

*fanfary* Proszę, i oto jest rozdział. Jeśli są jakieś błędy to przepraszam. Jestem zbyt leniwa, by poprawiać ;_; 
Liczę na to, że zacznie ktoś w końcu komentować xd *liczy na niemożliwe*

Następny rozdział będzie o Gruvii i w międzyczasie napiszę one-shot'a yaoi na moim nowym blogu : 3
Wasze 150 cm czystego zła i służebnica szatana - Sonozaki~