Dyszę.
Pocę się i umieram z przerażenia.
Czuję
na sobie czyjś wzrok i oddech, gdy biegnę przez cmentarz znajdujący
się tuż przed Porzuconym Opactwem. Mimo rwącego bólu
przechodzącego przez moje mięśnie, pędzę ile sił w nogach do
miejsca, gdzie będzie przezornie bezpiecznie. Potykając się o
jedne z wyższych nagrobków, sztylety, które przebiły twardą
skórę kabur, wbijają się bezlitośnie w osłoniętą cienkim,
elastycznym materiałem spodni, w skórę. Ląduję twarzą w ziemi.
Po udzie spływają stróżki gorącej krwi a błoto i trawa dostają
się do przełyku razem ze śliną. Okropny, gorzki smak tylko
pogarsza sytuację i panika przenika mnie cała od stóp do głów.
Przebieram nogami, odpinam od spodni ciężki sprzęt drżącymi
rękami i zrywam się. Nie mogę jednak dalej biec. Coś trzyma mocno
moją pogniecioną koszulę. Ma świszczący oddech i przede
wszystkim śmierdzący stęchlizną. Robi mi się niedobrze i prawie
wypuszczam z ust zawartość żołądka, czyli śniadanie, którego
nie zdążyłam jeszcze przetrawić. Połykam jednak kwaśną żółć.
Ostatkami woli przypomina sobie podstawowe ćwiczenia, których
nauczyłam się na początku mej krótkiej kariery człowieka
poszukującego przygód. W tym momencie zimne, chude dłonie
zawiązują się na mojej szyi i boleśnie zaczynają podduszać.
Zanim uczucie grozy znowu nade mną zapanuje, chwytam potwora za ręce
i siłą, jaka mi pozostała, uginam nogi w kolanach, napinam
wszystkie mięśnie i przerzucam go przez ramię. Słyszę dźwięk
łamanych kości, stękanie i warczenie. Nie czekając aż to coś
się pozbiera do kupy, zmuszam się do kolejnego wysiłku jakim jest
dotarcie do drewnianych, ogromnych, skrzypiących drzwi. Rana
zdobiąca nogę utrudnia mi jedynie ucieczkę, staje się czystym
utrapieniem i zapewne przyszłą zgubą. Walcząc o oddech i tlen
wpadam do środka. Pierwsze, co przykuwa moją uwagę, to brak
pająków, zjaw i innych stworzeń. Gdy tu biegłam, brakowało
również zombie. I gdzie się podziali inni ludzie? Rozglądam się
po tym pobojowisku. Niby wszystko wygląda normalnie. Taki sam nieład
i nieporządek. Ławki walające się bez celu, połamane drewniane
krzesła, gruz sypiący się z dachu i ołtarz po środku tego. A tam
błyszczy świecznik. Mimo, że jest bardzo zakurzony, odbija światło
księżyca i pada na moją bladą twarz poprzecinaną bliznami -
pamiątkami po niebezpiecznych zleceniach. Za mną rozlega się
szuranie i pisk metalu ocieranego o kamień. Czy to siekiera? A może
stępiony miecz? Przełykam ślinę nerwowo i ruszam w stronę
ołtarzu. Marsz przechodzi w trucht i chowam się z drugiej strony.
Tak, by potwór mnie nie widział. Liczę na to, że nie ma dobrego
węchu i nie wyczuje mej obecności. Klepie się po kieszeniach
spodni. Wyczuwam pod palcami twardość fiolki z trucizną, którą
zawsze podawałam ludziom do herbat. W momencie, gdy palcami naciskam
ranę, syczę cicho. Podnoszę dłoń do twarzy. Karmazynowy płyn
sprawia, że drżę. Jest go zdecydowanie zbyt dużo. Jestem skupiona
na ranie i obwiązywaniu jej opaską uciskową zrobioną ze skrawka
nogawki i nie zauważam, jak to coś się zbliżyło. Dopiero wbicie
ostrza w blat tuż nad moją głową sprawia, że wracam myślami do
rzeczywistości. Trzęsę się jak osika, oddech mi przyspiesza.
Boję
się.
Nie chcę umierać.
Niech mi ktoś pomoże!
Posyłam
cichą modlitwę do Boga, o ile gdzieś tam jest i wychylam się.
Odpycham się jedną nogą z zamierzeniem sturlania się po schodach.
Zostaję jednak popchnięta na ścianę z taką mocą, że robię
dziurę w skale a gruz sypie się dookoła. We włosach mam mniejsze
i większe części ściany. Ostrzejsze końce odłamków ranią moją
skórę i krew wsiąka we włosy. Nadmiar zaczął spływać po
twarzy przysłaniając widok. Ciemne plamy przed oczami sprawiają,
że nie widzę postaci, która sterczy nade mną niczym kat. Chucha
mi na wargi. Zamachuje się przy tym wielkim, złowieszczo lśniącym
toporem. Nie przymykam powiek. Patrzę odważnie na oprawcę. Na
gnijące, jednookie monstrum wielkości dwojga rosłych mężczyzn.
Jest nagie, brak narządów rozrodczych. Nie mogę określić płci...
Dostaję w głowę. Ostrze odcina mi czubek czaszki, mózg się
wylewa. Wszystko jednak czuję. Zza mgły łez widzę, jak cyklop
rzuca broń w bok, pochyla się nade mną i zaczyna jeść. Przez
chwilę drę się w głos, gdy rozrywa moje ciało na kawałki.
Dławię się własną krwią. Boli. Przestań...
Gdy
dobiera się do serca, nie ma już nic.
Tylko ciemność i głucha
cisza...
* * *
Nareszcie przyszły długo oczekiwane przeze mnie wyniki konkursu na opowiadanie z okazji Halloween. Spośród trzech serwerów polskich w grze Runes of Magic wybrano trzy najlepsze zgłoszenia. Moje opowiadanie zostało wyróżnione na najwyższym podium. Podjarkę będę miała chyba do końca tygodnia. XD Nic...
Mam nadzieję, że wam również się spodoba - tak samo, jak jury konkursu.
Ja podczas czytania części o jedzeniu mózgu - "omgwtf DDD:"
OdpowiedzUsuńAle ta poza tym to opowiadanie serio niezłe xD
Miałam wtedy wenę na obrzydliwe rzeczy.
UsuńBtw, dziękuję ^_^ Rzadko zdarzają się tu komentarze i miło widzieć, że jednak ktoś tu wchodzi : 3
Ano wchodzi, wchodzi, tylko jest zbyt wielkim leniem żeby komentować ^^"
UsuńI nie ma za co ;3