by atena

poniedziałek, 10 listopada 2014

Mini horror

Dyszę. Pocę się i umieram z przerażenia.
Czuję na sobie czyjś wzrok i oddech, gdy biegnę przez cmentarz znajdujący się tuż przed Porzuconym Opactwem. Mimo rwącego bólu przechodzącego przez moje mięśnie, pędzę ile sił w nogach do miejsca, gdzie będzie przezornie bezpiecznie. Potykając się o jedne z wyższych nagrobków, sztylety, które przebiły twardą skórę kabur, wbijają się bezlitośnie w osłoniętą cienkim, elastycznym materiałem spodni, w skórę. Ląduję twarzą w ziemi. Po udzie spływają stróżki gorącej krwi a błoto i trawa dostają się do przełyku razem ze śliną. Okropny, gorzki smak tylko pogarsza sytuację i panika przenika mnie cała od stóp do głów. Przebieram nogami, odpinam od spodni ciężki sprzęt drżącymi rękami i zrywam się. Nie mogę jednak dalej biec. Coś trzyma mocno moją pogniecioną koszulę. Ma świszczący oddech i przede wszystkim śmierdzący stęchlizną. Robi mi się niedobrze i prawie wypuszczam z ust zawartość żołądka, czyli śniadanie, którego nie zdążyłam jeszcze przetrawić. Połykam jednak kwaśną żółć. Ostatkami woli przypomina sobie podstawowe ćwiczenia, których nauczyłam się na początku mej krótkiej kariery człowieka poszukującego przygód. W tym momencie zimne, chude dłonie zawiązują się na mojej szyi i boleśnie zaczynają podduszać. Zanim uczucie grozy znowu nade mną zapanuje, chwytam potwora za ręce i siłą, jaka mi pozostała, uginam nogi w kolanach, napinam wszystkie mięśnie i przerzucam go przez ramię. Słyszę dźwięk łamanych kości, stękanie i warczenie. Nie czekając aż to coś się pozbiera do kupy, zmuszam się do kolejnego wysiłku jakim jest dotarcie do drewnianych, ogromnych, skrzypiących drzwi. Rana zdobiąca nogę utrudnia mi jedynie ucieczkę, staje się czystym utrapieniem i zapewne przyszłą zgubą. Walcząc o oddech i tlen wpadam do środka. Pierwsze, co przykuwa moją uwagę, to brak pająków, zjaw i innych stworzeń. Gdy tu biegłam, brakowało również zombie. I gdzie się podziali inni ludzie? Rozglądam się po tym pobojowisku. Niby wszystko wygląda normalnie. Taki sam nieład i nieporządek. Ławki walające się bez celu, połamane drewniane krzesła, gruz sypiący się z dachu i ołtarz po środku tego. A tam błyszczy świecznik. Mimo, że jest bardzo zakurzony, odbija światło księżyca i pada na moją bladą twarz poprzecinaną bliznami - pamiątkami po niebezpiecznych zleceniach. Za mną rozlega się szuranie i pisk metalu ocieranego o kamień. Czy to siekiera? A może stępiony miecz? Przełykam ślinę nerwowo i ruszam w stronę ołtarzu. Marsz przechodzi w trucht i chowam się z drugiej strony. Tak, by potwór mnie nie widział. Liczę na to, że nie ma dobrego węchu i nie wyczuje mej obecności. Klepie się po kieszeniach spodni. Wyczuwam pod palcami twardość fiolki z trucizną, którą zawsze podawałam ludziom do herbat. W momencie, gdy palcami naciskam ranę, syczę cicho. Podnoszę dłoń do twarzy. Karmazynowy płyn sprawia, że drżę. Jest go zdecydowanie zbyt dużo. Jestem skupiona na ranie i obwiązywaniu jej opaską uciskową zrobioną ze skrawka nogawki i nie zauważam, jak to coś się zbliżyło. Dopiero wbicie ostrza w blat tuż nad moją głową sprawia, że wracam myślami do rzeczywistości. Trzęsę się jak osika, oddech mi przyspiesza.
Boję się. 
Nie chcę umierać. 
Niech mi ktoś pomoże!
Posyłam cichą modlitwę do Boga, o ile gdzieś tam jest i wychylam się. Odpycham się jedną nogą z zamierzeniem sturlania się po schodach. Zostaję jednak popchnięta na ścianę z taką mocą, że robię dziurę w skale a gruz sypie się dookoła. We włosach mam mniejsze i większe części ściany. Ostrzejsze końce odłamków ranią moją skórę i krew wsiąka we włosy. Nadmiar zaczął spływać po twarzy przysłaniając widok. Ciemne plamy przed oczami sprawiają, że nie widzę postaci, która sterczy nade mną niczym kat. Chucha mi na wargi. Zamachuje się przy tym wielkim, złowieszczo lśniącym toporem. Nie przymykam powiek. Patrzę odważnie na oprawcę. Na gnijące, jednookie monstrum wielkości dwojga rosłych mężczyzn. Jest nagie, brak narządów rozrodczych. Nie mogę określić płci... Dostaję w głowę. Ostrze odcina mi czubek czaszki, mózg się wylewa. Wszystko jednak czuję. Zza mgły łez widzę, jak cyklop rzuca broń w bok, pochyla się nade mną i zaczyna jeść. Przez chwilę drę się w głos, gdy rozrywa moje ciało na kawałki. Dławię się własną krwią. Boli. Przestań...

Gdy dobiera się do serca, nie ma już nic. 
Tylko ciemność i głucha cisza...
* * * 
Nareszcie przyszły długo oczekiwane przeze mnie wyniki konkursu na opowiadanie z okazji Halloween. Spośród trzech serwerów polskich w grze Runes of Magic wybrano trzy najlepsze zgłoszenia. Moje opowiadanie zostało wyróżnione na najwyższym podium. Podjarkę będę miała chyba do końca tygodnia. XD Nic...
Mam nadzieję, że wam również się spodoba - tak samo, jak jury konkursu.

3 komentarze:

  1. Ja podczas czytania części o jedzeniu mózgu - "omgwtf DDD:"
    Ale ta poza tym to opowiadanie serio niezłe xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam wtedy wenę na obrzydliwe rzeczy.
      Btw, dziękuję ^_^ Rzadko zdarzają się tu komentarze i miło widzieć, że jednak ktoś tu wchodzi : 3

      Usuń
    2. Ano wchodzi, wchodzi, tylko jest zbyt wielkim leniem żeby komentować ^^"
      I nie ma za co ;3

      Usuń